Przemówienie Himmlera w Poznaniu z 24 października 1943

Himmler: Przemówienie z 24 października 1943 w Poznaniu

Prezentowane tu przemówienie Heinricha Himmlera wybraliśmy do przetłumaczenia i publikacji z tego powodu, że jest ono przede wszystkim O NAS. Nie należy  tego przemówienia mylić z dwoma innymi przemówieniami, które Himmler wygłosił w tymże Poznaniu w tym samym miesiącu, tylko o prawie trzy tygodnie wcześniej, 4 oraz 6 października 1943 roku (1).

Przemówienie tutaj prezentowane, w tłumaczeniu jego pełnej treści, dotyczy rozmaitych zagadnień związanych z wcieleniem do Rzeszy 4 okręgów, które leżały w granicach II RP przed 1939 rokiem:
– polskiej części Górnego Śląska
– Wielkopolski, zwanej przez Niemców „Krajem Warty” („Wartheland”)
– Prus Zachodnich (czyli Korytarza Pomorskiego)
– Prus Południowych

Wśród słuchaczy obecni byli: Arthur Greiser (2) oraz zapewne cała czołówka partyjna NSDAP regionu wielkopolskiego – w końcu okazji tej wizycie Himmlera w Poznaniu dostarczył Dzień Wolności ustanowiony po aneksji regionu przez III Rzeszę. Musieli być też jednak obecni przedstawiciele nowych osadników niemieckich, gdyż do nich odnoszą się słowa Himmlera: Cztery lata temu wielu spośród was tutaj obecnych musiało pożegnać się, z ciężkimi sercami, ze swymi starymi domostwami.”

Wśród problemów dyskutowanych w wystąpieniu Himmlera wyróżniają się następujące: wydarzenia z niedawnych w historii walk polsko-niemieckich, w tym powstań na Śląsku i w Wielkopolsce, a także w Kampanii Wrześniowej; germanizacja włączonych do Niemiec okręgów (w tym germanizacja przez zaludnienie); Volkslista z jej 4 kategoriami (temat Volkslisty zostanie omówiony w osobnej publikacji); stosunek wobec Polaków, jaki, według Himmlera, winien charkteryzować Niemców; a nawet nadzieja na dalsze powiększenie terytorium Rzeszy przez przyszłe pokolenia Niemców.

Ponieważ przemówienie wygłoszone zostało pod koniec 1943 roku, gdy Niemcy utracili już inicjatywę strategiczną w wojnie, stąd też Himmler zawarł w nim odniesienia do trudów i ofiar, które trzeba będzie jeszcze ponieść, odnotował pojawiające się tu i ówdzie oznaki zniecierpliwienia przedłużającą się wojną i zapowiedział twarde rozprawienie się ze spodziewanymi objawami defetyzmu. Odnotował także krótko ostatnie ważne wydarzenia z 1943 roku, jak klęska stalingradzka czy uwolnienie Benito Mussoliniego przez oddział komandosów SS pod dowództwem Otto Skorzenego.

Podobnie jak w przypadku przemówienia Hitlera z Platterhof, dokonaliśmy i tutaj podziału tekstu na swoiste „podrozdziały” tematyczne, by ułatwić Czytelnikowi „poruszanie się” po tym tekście, który w wydruku zajmuje 23 strony.

Dla lepszego zaś nakreślenia „tła” owego przemówienia, zaopatrzyliśmy ten tekst w szereg przypisów z naszymi dodatkowymi objaśnieniami.

Tłumaczenia oryginalnego przemówienia z kopii maszynopisu niemieckiego (mikrofilm 712 i T120 w National Archives and Records Administration) na angielski, wraz z opracowaniem materiału uzupełniającego (innego niż w naszych przypisach), dokonali w USA Veronica Clark oraz Wilf Heink . Tłumaczenia zaś z owej wersji angielskiej (za zgodą V. Clark) dokonaliśmy we własnym zakresie.
Już po dokonaniu tłumaczenia, znaleźliśmy ten oto link do audio  z owym przemówieniem. Pomógł nam on ulepszyć tłumaczenie. Poza tym , później jeszcze, znaleźliśmy audio także tutaj . I chociaż jest to dokładnie to samo nagranie, ta konkretna kopia ma nieco inne brzmienie (co rozpoznać można przy długim przysłuchiwaniu się. W ostatecznym rozrachunku obie te kopie nagrania posłużyły nam do poprawy tekstu w tych wypadkach, gdzie nagrane słowa bywają trudno rozpoznawalne.

1 – Sytuacja wojenna, ludnościowa i graniczna
2 – Kim są najgroźniejsi przeciwnicy?
3 – Znaczenie więzów krwi, narodu i rasy
4 – Problem mieszanej narodowości
5 – Tragizm wynarodowionej niemieckości
6 – Lista narodowa (Volksliste); konsekwencje jej przyznania
7 – Germanizacja przez zaludnienie. Rozwój nowej społeczności niemieckiej
8 – Jaki winien być stosunek do Słowian? Jacy są Słowianie?
9 – Kto z powodzeniem rządził Słowianami. Metoda informatorów NKWD i GPU
10 – Twarda rzeczywistość wojenna. Konieczność zmiażdżenia niesnasek i defetyzmu
11 – Jaki ma być koniec wojny
12 – Germanizacja terenów wschodnich Rzeszy. Organizacja społeczności niemieckiej. Spojrzenie w przyszłość

Drogi Towarzyszu Partyjny Greiser! Drodzy Towarzysze i Towarzyszki! Szanowni Goście!

Z dumą przyjąłem wasze zaproszenie, by przemówić na dzisiejszym Dniu Wolności (Gautag), gdyż jesteście świadomi, a ja nie mówię wam niczego nowego pod tym względem, że jestem szczególnie związany z tym regionem, z wami osobiście oraz z pracą tutaj wykonywaną, i tak już pozostanie na zawsze.^

1 – Sytuacja wojenna, ludnościowa i graniczna

Pozwólcie, że zatrzymam się nieco nad moimi myślami odnośnie tego Dnia Wolności:

My Niemcy w całym kraju bywamy nieraz rozczarowani, gdy rezultaty nie pojawiają się wystarczająco prędko; jesteśmy niezadowoleni, gdy mówi się nam, że jest to twarda walka i że tu i ówdzie decyzje muszą dopiero zostać podjęte.
Niektórzy zapytują: „Jak długo jeszcze ma ta wojna trwać?” Niektórzy uważają,, że to i owo mogłoby zostać zrobione prościej, lepiej i szybciej. Wszyscy oni zapominają, że jesteśmy zaangażowani w jedno z największych zmagań narodowych w historii – w jedną z największych wojen rasowych prowadzonych w ciągu stuleci. Pozwólcie zatem, że naszkicuję pokrótce jak to było cztery i pół roku temu.

Cztery lata temu obchodziliśmy Dzień Wolności, narodziny tego dystryktu. Sześć miesięcy przed tamtym dniem granica Niemiec przebiegała zaledwie 150 kilometrów na wschód od stolicy Rzeszy Niemieckiej. Każdy nieprzyjaciel dysponujący nowoczesnym sprzętem wojennym mógłby dotrzeć do stolicy w ciągu 20 minut ze swymi bombowcami, dzisiaj wystarczyłoby 10 minut.. Część Niemiec, Prusy Wschodnie, była odseparowana od kraju; inna część, Gdańsk, była małym państwem i chociaż walczyła dzielnie o swoje istnienie, nie byłaby w stanie przetrwać.

Cztery lata temu, po kampanii polskiej i w rezultacie dekretu Führera, obszar geograficzny znany jako Wartheland został przekształcony w jednostkę polityczną i administracyjną Warthegau. W przyszłych latach niewątpliwie zostanie uznany fakt, że jest ona jednym z najlepszych dzieł Rzeszy Niemieckiej. Z dystryktu posiadającego jeszcze 10% Niemców w populacji 4,5 miliona, mamy teraz, cztery lata później, dystrykt wyraźnie niemiecki w charakterze w swej stolicy, w swych miastach, a liczba Niemców tutaj żyjących wzrosła z 400 000 do ponad 800 000.

Gauleiter i jego współpracownicy stanęli tutaj wobec trudnej kwestii: Jak mamy zgermanizować ten dystrykt? Jak zostanie to osiągnięte?  Zanim odpowiem, muszę przypomnieć wam rzecz następującą: Cztery lata temu wielu spośród was tutaj obecnych musiało pożegnać się, z ciężkimi sercami, ze swymi starymi domostwami. Pierwszymi, którzy musieli się pożegnać, na wezwanie Führera, byli Niemcy w Estonii i na Łotwie. Innymi, którzy musieli się pożegnać, w późniejszych tygodniach i miesiącach, byli Niemcy z Wołynia, Galicji, znad Narwi i innych regionów wschodu, dołączyli do marszu, by rozpocząć podróż wzdłuż owianych obecnie sentymentem treków wieśniaczych.

Pytanie odnośnie tego jak na nowo uczynimy ten obszar niemieckim, pragnąłbym sprecyzować dokładniej: Jak przesuniemy granicę narodu niemieckiego o setki kilometrów dalej z nadzieją, że okaże się ona trwała? Granica Rzeszy, przez naniesienie na mapę, została przed czterema laty przesunięta poprzez zwycięstwo oręża i poprzez decyzję Führera i decyzję Rzeszy. Istnieje wiele sposobów zdobycia terytorium, aneksacji kraju, narodu albo ludu. Przedstawię dwa, które wyróżniają się w wielkiej walce narodów, by następnie jednoznacznie opowiedzieć się za jednym z nich.

Pierwsza z tych metod jest starszą: jest to sposób, w który, w ciągu ostatnich 100 lub 200 lat większość krajów podlegała aneksacji.
Zaczynano od tego, by mieszkańcom, poprzez szkołę, poprzez wychowanie, a przede wszystkim poprzez język, odebrać ich specyfikę, ich zewnętrzną specyfikę i nadać im inne zewnętrzne piętno – powszechna edukacja zastępowała ich pierwotne zachowania odmiennymi zachowaniami zewnętrznymi. Często mówiono przy tym i podkreślano: Ten człowiek, który mieszkał tu w dystrykcie poznańskim, został dobrze wykształcony. Nauczyliśmy go jak czytać, pisać oraz liczyć. Wcześniej był analfabetą. Teraz, dzięki naszej niemieckiej pracy, dzięki naszej dokładności,  stał się on akceptowalnym, wychowanym środkowym Europejczykiem. Dalej, wciągnęliśmy go do koszar i nauczyliśmy go organizacji, czystości i punktualności, posłuszeństwa, a nawet jak być odważnym.^

2 – Kim są najgroźniejsi przeciwnicy?

Cofnijmy się  do roku 1919. W roku (tysiąc dziewięćset)dziewiętnastym niemieckość walczyła tutaj, niemieckość na Górnym Śląsku, w Prusach Zachodnich, nawet my sami wewnątrz naszych pozostałych nam jeszcze starych granic Rzeszy z lat 1918-19, walczyliśmy z bandami, z powstańcami, z oddziałami wojskowymi, które faktycznie w wielu miejscach niestety walczyły aż za dobrze. Kim byli nasi przeciwnicy? Byli oni powstańcami z zachodnich oddziałów oraz im podobnymi z rozmaitych organizacji narodu polskiego.  Te części owych grup, które walczyły dobrze, były często dowodzone przez ludzi, życiorysu których można było stwierdzić, że posiadają EK1 (Krzyż Żelazny I klasy): ten a ten był kapralem, ten znowu sierżantem, ten chodził do niemieckiej szkoły, ten był zarządcą u takiego czy innego właściciela ziemskiego, tamten był nienagannym urzędnikiem państwowym. Wiele się nauczyli, byli bardzo chętni, przyswoili sobie wszystko. To byli nasi najniebezpieczniejsi przeciwnicy.

Jednej rzeczy musimy się nauczyć w naszej walce  narodowej: nasza własna krew, gdy znajduje się ona po przeciwnej stronie, jest często naszym najgroźniejszym wrogiem; a w dalszej kolejności, wszyscy ci ludzie, których wykształciliśmy, wyposażyliśmy w niemiecki porządek i posłuszeństwo, gdy występują przeciw nam. Ten przykry przykład, którego wielu z nas doświadczyło wraz z tymi Niemcami, którzy pozostali w Poznaniu i w Warthegau w latach 1919 do 1923, cierpiąc aż do roku 1939, niechaj będzie dla nas ostrzeżeniem.^

3 – Znaczenie więzów krwi, narodu i rasy

Byłoby szaleństwem, aby błąd popełniony w przeciągu historii powtarzać i popełniać na nowo. Widzimy zatem, że w wieku, w którym narody,  wspólnoty o więzach krwi („Blutsgemeinschaften”)  i rasy budzą się – i uświadomiły sobie swoją wartość i swoje istnienie  – że w takim wieku stara metoda nadawania przynależności państwowych, nakazywania śpiewania hymnu narodowego, udzielania lekcji języka i nadawania zewnętrznego ukształtowania nie wystarcza, by jakiś okręg czy kraj uczynić własnym terytorium jakiegoś narodu. Było to wystarczające, gdy toczono małe wojny, było to wystarczające w wiekach średnich, było to jeszcze wystarczające zapewne aż do końca XVIII wieku. Już jednak w poprzednim stuleciu, a w szczególności w naszym wypadku, taką metodą nie można już przynieść jakiegokolwiek sukcesu narodowi (3). I dlatego my, a mianowicie tutaj w Warthegau  towarzysz Greiser jako wasz znakomity Gauleiter oraz my w Rzeszy; ja jako Komisarz Rzeszy („d/s Umacniania Niemieckości” – przyp. MM) z tego powodu na samym wstępie odrzuciliśmy bezkompromisowo i bezwarunkowo tę metodę z dawnych czasów…

Głośne oklaski w tle

… i zdecydowaliśmy, jako narodowi socjaliści, którzy są nie jedynie z nazwy czy słów zwolennikami tego poglądu, lecz z wiarą z najgłębszego przekonania, z tej płaszczyzny, z tego fundamentu poznania rasowego spoglądać na świat i podjąć próbę rozwiązania jego problemów, zdecydowaliśmy się na inną drogę. Rzeczywiste zniemczenie („Deutschwerdung”) dystryktu, kraju, jest możliwe jedynie poprzez pokrewieństwo krwi (4). Możemy zbliżyć się do każdej populacji pokrewnej nam rasowo. Oczywiście, każdej  osobie jakiejkolwiek rasy, jakiegokolwiek wyglądu, może ona mieć jakikolwiek kolor oraz, proszę mi wybaczyć moje ostre słowa, nawet jakiejkolwiek małpie, można udzielić jakiejkolwiek tresury. Lecz serce i dusza, wywodzące się ze wspólnych więzów krwi, odpowiadają jedynie tym o tej samej krwi, tym należącym do nas, do naszej rasy, do potomków o tym samym pochodzeniu. Gdyż w takiej osobie rezonują te same wartości i odczucia, które są jedynymi istotnymi w walce o lud: wartości wiary; wiary, że można przenosić góry, jak również lojalność, posłuszeństwo i odwaga.

Głośne oklaski^

4 – Problem mieszanej narodowości

Dlatego też zaczęliśmy od rzeczywistych Niemców, którzy tu pozostali, uznaliśmy ich i uczyniliśmy obywatelami. W odniesieniu do tego segmentu populacji było to jedynie formalnością, ponieważ oni tu walczyli: ich rodzice, tak ojciec jak i matka, i wszyscy ich przodkowie, wszyscy niewątpliwie Niemcy. Uczynienie tego było jedynie formalnością. Potem przyszły cięższe problemy, gdyż te pierwsze nie wymagały żadnej szczególnej mądrości ani niczego więcej. Owe cięższe problemy jednak były następujące: co zrobić z tymi, którzy mieli niemieckiego ojca i polską matkę albo polskiego ojca i niemiecką matkę? Co zrobić z tymi, co mieli co prawda niemieckiego ojca i niemiecką matkę i którzy mówili po niemiecku w domu, ale mieli polską babkę? I co zrobić z tymi, którzy mieli co prawda troje niemieckich dziadków, ale w ich domu mówiło się po polsku?

Poruszyłem tylko kilka, jedynie KILKA  kwestii jak widzicie; w rzeczywistości nie jest to tak proste. Zadałem jedynie kilka  pytań, wspomniałem kilka  możliwości, a możecie się już zorientować, jak jest to skomplikowane. Moim zdaniem istnieje tylko jedno całkowicie trzeźwe rozstrzygnięcie; decydującym rozstrzygnięciem jest rozstrzygnięcie poprzez czynnik krwi („Entscheidung des Blutes”). Z pewnością ci, którzy przede wszystkim mają niemieckich rodziców i dziadków, generalnie należą do niemieckości i muszą zostać uznani za Niemców. Sprawa staje się skomplikowana z tymi Niemcami, którzy mają niemieckich przodków, jednak przyzwyczaili się do polskiego państwa i narodowości. Są oni z reguły – jako że wyposażeni są w cechy niemieckie i nordyckie – najbardziej stabilnymi osobowościami, a zatem najtwardszymi i najbardziej upartymi oponentami. Muszę przypomnieć z tego miejsca o tym, o czym stwierdziłem już wcześniej: ci z naszej  krwi i wychowania są naszymi najniebezpieczniejszymi oponentami.^

5 – Tragizm wynarodowionej niemieckości

W 18-dniowej kampanii z Polską, która rzeczywiście spadła na państwo polskie niczym naturalna katastrofa, doświadczyliśmy w pewnych obszarach twardszego i bardziej zaciętego oporu. I gdzie to było? Pozwólcie mi wymienić jedynie kilka nazwisk. W polskiej marynarce, która należała do tych sił polskich, które trzymały się najdłużej z polskich sił zbrojnych: Admirał Unruh z Helu (Józef Michał Hubert Unrug), Niemiec, który jednak miał polską matkę. Innym, z którym musieliśmy walczyć dłużej, był generał Rommel z Warszawy (Juliusz Rómmel), pierwotnie Niemiec. Dalej był generał Thommée (Wiktor Thommée), najprawdopodobniej hugenot, który wyemigrował do Polski: wyróżnia się jego obrona fortyfikacji Modlin. Sądzę, że moglibyśmy kontynuować tak bez końca, gdybyśmy mieli zebrać wszystkie dane. Wspomniałem  jedynie te przypadki, gdyż były one nabardziej prominentnymi przykładami, ale także po to, by powtórzyć to, o czym mówiłem poprzednio: przywódcy przeciwstawiający się nam, a posiadający tę samą krew, są naszymi najgroźniejszymi oponentami.

Powiedziałem dlatego też: najpełniejszymi charakteru i najtwardszymi są ci Niemcy, którzy czasem przez jakiś przypadek, jakiś rozwój swych przodków stali się członkami obcego narodu. I z całym niemieckim uporem, całym niemieckim idealizmem stali się obrońcami, stronnikami i duchowymi synami i córkami tego obcego narodu. Nie wystarczy powiedzieć: „Tym ludziom brakuje charakteru! Zapomnieli, że są Niemcami!”, ponieważ ich czyny są łatwe do wytłumaczenia. Weźmy na przykład małego chłopca z dobrych rodziców, który zostaje zabrany do obcego kraju, gdy ma jeden rok. Wszystko, co słyszy, to obcy język i pierwsze dźwięki wyrażone przezeń są w tym języku. Następnie uczy się, jako niemiecki chłopak, tylko obcego pisma; czyta jedynie w obcym języku i to, co stanowi duchowy produkt tego obcego narodu. Ten mały chłopiec, który mógł pochodzić od najdzielniejszych niemieckich rodziców, stanie się najdzielniejszym członkiem tego obcego narodu.

Pragnę powiedzieć tylko jedno: w przypadku tak tragicznym jak ten, dobre cechy charakteru naszej krwi doprowadzą do poważnych konsekwencji dla nas, jeśli walczy ona dla przeciwnej strony. To w dalszej kolejności wyjaśni jak trudne są kwestie narodowości i doprowadzi do konkluzji obcej naszemu niemieckiemu sposobowi myślenia, odkąd nie jesteśmy przyzwyczajeni do odpowiadania w taki sposób. Wierzcie mi, Towarzysze, istnieje tylko jedna możliwość: albo pozyskamy taką rodzinę, takiego człowieka z powrotem dla niemieckości, albo go zniszczymy, nie ma rozwiązania pośredniego. Bylibyśmy obłąkani – i zabijalibyśmy własną krew – gdybyśmy oddali wrogowi jedną zdolną głowę z naszej krwi, któraby pewnego dnia walczyła przeciw nam.

Owacja

Powiecie mi zapewne: „to zbyt okrutne, czego wymagacie, byśmy to chcieli uczynić”.

Mogę na to jedynie odpowiedzieć, że są tylko dwie możliwości, albo ten człowiek dołączy do przeciwnej strony i nasi synowie będą ginęli – więcej zapewne – albo nie uzyska on takiej sposobności, gdyż zginie on sam. A ponieważ nasza krew, naszych synów, musi być dla nas zawsze wartościowsza, aniżeli obcego – to nawet jeśli ta osoba jest jedną z nas, utraconą dla nas w konsekwencji tragicznych okoliczności – to zawsze  musimy zdecydować się na to, co jest najlepsze dla Niemiec, nawet jeśli może to być brutalne lub krwawe.^

6 – Lista narodowa (Volksliste); konsekwencje jej przyznania

Powróćmy do kwestii narodowości. Ułożyliśmy zestaw list narodowych (Volksliste) – 1,2,3 i 4 – z tych, którzy urodzili się w Warthegau (5). Lista 3 była obszernie dyskutowana. Doszło do mnie wiele postulatów proszących mnie o ustępstwa w kwestii Listy 3. Jakiś człowiek, na przykład, pracował przez rok w fabryce zbrojeniowej lub walczył na froncie przez rok, historia jego służby jest nienaganna: jednak jeśli nie otrzyma on wreszcie przynależności państwowej bez możliwości jej odwołania („ohne Widerruf”), straci zainteresowanie wszystkim; stanie się on pozbawionym zainteresowania robotnikiem, urzędnikiem państwowym lub żołnierzem. Moim zdaniem musimy rozróżniać pomiędzy chwilowo pilną sprawą, naciskającą w danym momencie, a rozwiązaniem całkowitym, aby uniknąć stawiania przyszłych barier. Sądzę, że powinniśmy być ostrożni w każdym wypadku, biorąc pod uwagę, że znajdujemy się w piątym roku wojny ze wszystkimi wynikającymi z tego problemami i presją oraz z potrzebą rozwiązywania codziennych problemów, jakie się pojawiają: byśmy nie podejmowali, dla wygody i małego tchórzostwa, decyzji, które wydają się rozwiązywać problem w danym momencie, ale które zablokują nam drogę w następnych dziesięcioleciach. Z ludźmi, którzy mają być przyjęci do naszej społeczności w Rzeszy, a to obejmuje nadanie praw obywateli Rzeszy, jest dokładnie tak jak z trucizną, albo przynajmniej może być tak jak z trucizną wprowadzoną do krwiobiegu. Gdy znalazła się ona już wewnątrz, żadna siła w naturze na tej ziemi nie może jej usunąć. I obojętnie czy mówimy o osobie indywidualnej czy o całej wspólnocie, nosiciel tej trucizny z pewnością umrze. Musi to być brane pod uwagę odkąd ci wszyscy, którzy obecnie domagają się, dla wygody wojskowej, „Naprzód! Ten musi zostać przyjęty! Chcę, by mój dystrykt był niemiecki, więc wszyscy ludzie tu żyjący zostaną uznani za Niemców”, podejdą do wszystkich bez różnicy, mówiąc: „Miałeś niemiecką babkę, nieprawdaż? Ty też? Oczywiście! Tak jest, jesteś Niemcem, Lista 3” – i jeśli dana osoba nie kradła z konta firmy, po roku – tak jest, zostaje zintegrowany, zostaje obywatelem Rzeszy. Dla nas jest to być może wygodne. Mówię tu jedynie „być może”, gdyż nikt nie może szczerze wierzyć, że gdy problemy się w końcu pojawią, problemy, które wojna światowa ze sobą przynosi i przynosić będzie, gdyż właśnie wchodzimy w końcową fazę, ostateczne bitwy, to będzie on mógł polegać na lojalności w dystrykcie takim jak ten właśnie opisany. Będziemy w takim wypadku mieć ludzi, którym nadano niemieckie prawa w jakimś okręgu wbrew wszelkiemu zdrowemu rozsądkowi, a którzy potem użyją tych praw, by nam strzelać w plecy.

Brawa

Poza tym wierzę, że my Niemcy musimy się jeszcze czegoś nauczyć. Że się tak wiele musimy uczyć wynika z tego, że praktycznie, i wielu o tym wciąż zapomina,  staliśmy się Rzeszą Niemiecką dopiero 72 lata temu, a Wielkimi Niemcami dopiero 5 lat temu. Przez stulecia musieliśmy żyć w zamkniętych obszarach, szczególnie tu, na północy, na wschodzie; byliśmy niesamowicie biedni, byliśmy jednak w stanie – i to jest historyczne dziedzictwo Prus – wypracować sobie drogę z nędzy i trudności Wojny Trzydziestoletniej dzięki naszej nieograniczonej witalności, tworząc na nowo uporządkowane społeczeństwo.
Żyliśmy jednak, jak wspomniałem, w zamkniętych obszarach i dlatego byliśmy niezdolni do nauczenia się zbyt wiele w tym starym narodzie. Układanie stosunków z obcymi narodami nie było rzeczą nam znaną i nie mieliśmy okazji praktykowania ich. Wartości, tej niemal świętej wartości, świętej wielkości określenia „Rzesza” w wielu wypadkach jeszcze nie pojęliśmy. Ci Niemcy, którzy żyją za granicą, poznali je znacznie lepiej.

W Średniowieczu, gdy w Europie mówiono o „Rzeszy”, odnosiło się to tylko do jednej możliwości, była to Rzesza Niemiecka; żadnej innej Rzeszy nie było w Europie. I proszę mieć pewność, że innej Rzeszy po tej wojnie również nie będzie.

Oklaski

Ta Rzesza stanie się niemal świętym mitem, uporządkowanym mocarstwem europejskim („Ordnungsmacht Europas”), czołowym narodem w całej Rzeszy Germańskiej, która zostanie po tej wojnie stworzona. Stopniowo zostanie ona zjednoczona. Ta Rzesza Germańska odciśnie swe piętno na Europie, będzie ona przewodziła białej rasie w Europie, przygotuje ją do wielkich zmagań rasowych, które – z pewnością my tego już nie doczekamy – z pewnością toczyć się będą pomiędzy kontynentami w ciągu kilku pokoleń.

Biorąc pod uwagę ogrom tego konceptu Narodu, powinniśmy się wstydzić, jeśli nie potrafimy utrzymać w dyscyplinie jakiegoś pół-polskiego, pół-niemieckiego robotnika, albo jeśli dyrektor fabryki nie potrafi postawić na swoim, lub jeśli dowódca kompanii nie potrafi utrzymać porządku samym przykładem swej własnej osobowości – jeśli my, z powodu słabości niektórych osób, podchodzimy do kogoś, by prosić: „Czy nie zechciałbyś, proszę, przyjąć niemieckiego obywatelstwa? Proszę, bądź łaskaw je zaakceptować”. (lekki śmiech na sali)  Oraz: „Nie, nie, oczywiście będziesz posiadał wszystkie prawa, którymi my cieszymy się od 70 – 80 lat”. Czemuś takiemu mówię „nie”, to w ogóle nie wchodzi w rachubę.

Oklaski

Nie patrzę na sprawy z dzisiejszej perspektywy, czasu trudności i presji, lecz z perspektywy okresu po wojnie, kiedy zakończymy ją zwycięsko. I my ją zakończymy zwycięsko!

Oklaski

Przekonany jestem, że wtedy ci wszyscy chętni obecnie do szafowania prawami i dostojeństwem Rzeszy, będą tymi, którzy okażą się najbardziej surowymi, w 150% w odniesieniu do nadawania ich.

śmiechy, brawa

I to dlatego, ponieważ nie chcemy oszukiwać samych siebie, popieram oszczędne nadawanie praw obywatelskich na przekór wszelkim podawanym powodom ekonomicznym i sugerowanym koncesjom. Każdy taki człowiek  będzie miał tyle samo do jedzenia, co my, takie samo wynagrodzenie, ale musi on wykazać się świadomością swych zobowiązań. Mamy jednak pewne zastrzeżenia, bo nie zamierzamy jedynie patrzeć na danego człowieka, żołnierza; mamy również intencję przyjrzenia się jego żonie i dzieciom. Jaka jest możliwa korzyść z tego, że nadam człowiekowi i całej jego rodzinie nieodwołalne prawa obywatelskie Rzeszy po to tylko, by po jakimś czasie odkryć, że – chociaż był on dobrym żołnierzem, jak długo był w swej kompanii, i wśród swych niemieckich towarzyszy i jak długo miał dowódcę kompanii, który go trzymał w ryzach – jego żona nie ma zamiaru uczyć się mówienia po niemiecku. Wszystkie jego dzieci mówią po polsku. Oto mamy „obywatela”, z którego możemy być dumni!

Brawa

W takich sprawach zamierzamy być, niczym rolnicy, dojrzałymi, ostrożnymi i nierychliwymi; i absolutnie nie myślę o tym, by poddawać się jakiejkolwiek presji.
Będziemy, około końca tego roku, w niektórych okręgach, jak Górny Śląsk, Warthegau, Prusy Zachodnie i Prusy Południowo-wschodnie, nadawać nieodwołalne  obywatelstwo kilkuset ludziom, bazując na procentach, a właściwie należałoby powiedzieć: promilach, z listy 3 – mianowicie tym, i ja uczyniłem to warunkiem wstępnym, którzy otrzymali na polu walki EK1 („Krzyż Żelazny I klasy”) lub jakieś inne bardzo znaczące odznaczenie za odwagę. Prawdopodobnie będzie to około 400 do 500 osób tutaj, w Warthegau, 500 na Górnym Śląsku. To ma zostać nadane rodzinom podczas ceremonii, w odnośnych wsiach i miastach, by pokazać pozostałym: widzicie, wy też możecie to osiągnąć we wcześniejszym okresie, ale postarajcie się! Musicie się w tym celu tego i owego nauczyć, poczynając od czystości w waszym domu, tak, by się w nim nie panoszył polski brud; aż po język waszych dzieci, aż po waszą rzeczywiście odpowiednią postawę w każdym kryzysie i pod każdym obciążeniem, jakie w tych latach wojny trzeba przeżyć, a rodzina pozostaje stabilna i określiła się wewnętrznie. Dla osoby indywidualnej musi to być wielką łaską oraz wyróżnieniem i nie zamierzamy wstydzić się tego określenia. Łaską Rzeszy, gdyż ta potężna Rzesza takiemu małemu człowiekowi, który się początkowo nie starał o swój naród i o swą Rzeszę, nadaje już po trzech latach prawo do obywatelstwa Rzeszy. I jest to również dobroć Rzeszy, gdy pozostałym nadaje obywatelstwo Rzeszy po dziesięciu latach. Chcemy te sprawy ułożyć tak poprawnie jak należy, jakimi są zamiast dawać się kierować trudnościami chwili, aby nie stworzyć czegoś, czym nie będziemy mogli cieszyć się później.^

7 – Germanizacja przez zaludnienie. Rozwój nowej społeczności niemieckiej

Najlepszą metodą zniemczenia („Deutschwerdung”) jakiegoś obszaru jest oczywiście sprowadzenie Niemców. Jak już wspomniałem, cztery lata temu wielu z was żyło w smutku, bo musieliście pożegnać się ze swym starym domem: pakowanie walizek, podróż, w obozach, ze wszystkimi nieprzyjemnymi rzeczami, które to za sobą pociąga, utrata poszczególnych części bagażu i wszystkie te niepewności co do tego „dokąd jedziemy?”. Dzisiaj jest ten ciężki czas już za wami wszystkimi. Oto dlaczego – i proszę, wierzcie mi, gdy to mówię – ten Wartheland daje mi tyle radości i sprawia, że czuję się jakbym tu był w domu, ponieważ widzę, jak to przedsięwzięcie, które wtedy było tak ciężkie – wtedy wielu kontaktowało się ze mną i otrzymywałem wiele listów ze skargami – okazało się sukcesem; jak myśmy tu stopniowo, z Reichsdeutschen, Volskdeutschen, z Niemców z Łotwy, Estonii i z Niemców z Wołynia stworzyli, wspólnotę, i widać to już u młodzieży. To już nie są Niemcy z Wołynia lub wcześniejsi obywatele niemieccy, to Niemcy z Wartheland: całkowicie nowy lud wzrastający razem, ulepszający się wzajemnie, wszyscy korzystający z tego, co inni przynieśli ze swych wcześniejszych krajów. Otrzymał on i kieruje nowym okręgiem, nowym plemieniem niemieckim mieszkańców Wartheland. To jest tak miłym widzieć, jak ci mieszkańcy zapuszczają korzenie, i tak jest smutnym, aby zobaczyć pierwszych pochowanych w tej ziemi. To najlepsze korzenie, ponieważ dom jest tam, gdzie znajdują się groby własnego ludu. Pierwsze kołyski się zapełniają, i już się zapełniły, pierwsze dzieci już się tu urodziły. Inne dzieci stały się młodzieżą. Gospodarczo ten teren został już do pewnego stopnia uporządkowany, plony się powiększają, z menelskiej polskiej gospodarki („aus der polnischen Luderwirtschaft”) powstają niemieckie zakłady. Tu i ówdzie już mamy modelowe gospodarstwa niemieckie. Gałęzie przemysłowe kwitną również i pewna zamożność daje się zauważyć. I stopniowo wszyscy ci, którzy tu przybyli, zaczynają czuć się jak w domu w tym nowym, a jednak tak starym, niemieckim kraju Warthegau.

Pragnąłbym również przejść do innej kwestii, z którą będziemy musieli poradzić sobie po wojnie. Oczywiście nie zadowolimy się tym, że z populacji 4,5 miliona jedynie trochę ponad 800 000 jest Niemcami, to jest zrozumiałe samo przez się; i nie wierzę, by sądził tak ktokolwiek, kto nas zna. Weźmiemy się za ten problem po wojnie i sądzę, że rozwiążemy go niewiarygodnie szybko. Pośród ludzi nie naszej narodowości, którzy tu jednak żyją, mamy wiele krwi, która stanowić będzie stratę dla nas, jeżeli zostanie ona pozostawiona innej narodowości. Za tę kwestię zabierzemy się po wojnie. Możecie być pewni, że wszystkim tym o cennej krwi, to jest o krwi nordyckiej i germańskiej, damy rzeczywisty awans i możliwości wejścia w skład tej potężnej Rzeszy i wrośnięcia w naród niemiecki. Wyraziwszy to w tej formie, myślę, że wolno mi dodać, że uważam za rozsądne, by tej kwestii obecnie, także na zebraniach partyjnych, zbytnio nie rozstrząsać, gdyż w przeciwnym razie wprowadzimy jedynie niepotrzebny niepokój wśród polskiej ludności, której pracy i chęci do do pracy możemy bardzo potrzebować dla wygrania wojny.^

8 – Jaki winien być stosunek do Słowian? Jacy są Słowianie?

Teraz pragnąłbym pokrótce zająć stanowisko wobec innej poważnej kwestii, jest to druga część tego, o czym chiałem mówić: Jakie jest stosunek Niemców wobec obcej ludności, mianowicie wobec Słowian?
Widzimy tu, niczym dwie widoczne przeciwstawne sobie siły, dwa rodzaje wszędzie na zewnątrz,na froncie jak również w rejonach przygranicznych. Ktoś deklaruje: „Żadnego pokazu siły!”  Pragniemy pozyskać te narody; dlatego też musimy być przyjaźni, naprawdę przyjaźni. I robi coś, czego żaden Słowianin nigdy nie znosi, nigdy nie pozwoli na czynienie wobec siebie: traktuje go jak równego sobie, jak kolegę, jak towarzysza, przyjaciela. Prawdopodobnie mówi mu często: „Sam możesz zobaczyć jak jesteśmy życzliwi, chcemy jedynie tego, co dla was najlepsze”. Niektórzy nawet posuwają się tak daleko, że obiecują niemal każdemu słowiańskiemu plemieniu ich własne państwa. – I to byłaby ta pierwsza z owych metod, metoda „przyjazna”. Ta inna jest – i jak to zazwyczaj jest na początku, gdy wahadło przesuwa się w przeciwne kierunki, całkiem na lewo i całkiem na prawo, rzeczywiście twardą metodą. Tacy noszą na sobie szyld widoczny dla każdego, a mówiący: „Ja jestem Herrenmensch” lub „my jesteśmy Herrenvolk”. Muszą tak postępować na wypadek gdyby nikt tego nie zauważył…

śmiech

Reagują tylko w brutalny sposób, mówiąc każdemu: jesteście niewolnikami, jesteście poślednią hołotą.

My poruszamy się pomiędzy tymi dwoma biegunami. Jest kwestią czystego przypadku na co się natrafi w przypadku tej całej skali możliwości. Są to sprawy, które czasem są bardzo nieprzyjemne i wstydliwe, jednak należy je rozumieć z perspektywy wartości naszego  historycznego rozwoju. Możecie być pewni, że Anglicy nie traktowali jeszcze w taki sposób swoich kolonii 300 lat temu, to nie było tego 300 lat dokładnie, gdyż w ciągu owych 300 lat nabrali doświadczenia, dokonali, w procesie wychowania, przewartościowania tego doświadczenia i  w rezultacie ukształtowała się pewna tradycja.

Jeśli jednak ma być dla nas jasne w jaki sposób mamy podejść do tych obcych narodowości, tych ludów słowiańskich, to musimy wpierw ustalić jak powstała się ta Słowiańszczyzna. Możecie mi, i słusznie, opowiedzieć, przytoczyć lub przedstawić: „Cóż, wie pan, mam jedną robotnicę, pracownicę leśnictwa, Ukrainkę, ta dziewczyna  wygląda dokładnie tak jak Germanka!” – Zgodzam się. Ale ja mogę wam również pokazać niektóre wsie ukraińskie, których mieszkańcy wyglądają jak Mongołowie. Stąd też będziecie mieli tę samą genezę wszystkich ludów słowiańskich, mogą się zwać Serbami, Czechami, albo Słoweńcami albo Polakami albo Rosjanami czy Ukraińcami. Mogą się zwać jak chcą, w końcu jednak jest to zawsze ta sama historia ich powstania. Są wszelkimi rodzajami i podgatunkami mieszanek, jakie możecie tam znaleźć. Od tych czysto germańskiego rodzaju, którzy kiedykolwiek w jakiś sposób zdołali się  uchować w pojedynczych wsiach, i znowu się wymieszali, aż do czysto mongolskich typów. Wszystko to tam możecie znaleźć.

Za moment odniosę się do duchowego rezultatu tego wymieszania.
Ktoś powie: „Widzicie, mam tutaj polską lub rosyjską siłę roboczą. Jeden z nich jest najpoczciwszą osobą, jaką można sobie wyobrazić. Człowiek religijny, który jako katolik modli się dziennie do Matki Boskiej. Spotkasz wielu Rosjan, którzy modlą się gorąco do Matki Boskiej Kazańskiej, jest niemożliwością znalezienie  czegoś tak żarliwego u nas”.
Inny znów powie: „A dalej mamy te chóry kozackie: ci Rosjanie z pewnością umieją śpiewać!”  – Wierzę w to; cudowne, wspaniałe. A jeszcze ktoś inny powie nam, że są oni, w głębi, po prostu dobrze usposobionymi dużymi dziećmi, które oddadzą ci wszystko. „Bracie, oni nas obejmują, ściskają!” – Wszystko to prawda, przyznaję wam to. Lecz pozwólcie mi zilustrować odmienną stronę. Niektórzy z nich torturują ludzi w nieprzyjemny sposób, pełen ogromnego bestialstwa. Są też tacy, którzy przez rok czy dwa są oddanymi chłopinami, gdy po jakimś czasie, nagle, w trzecim roku, „przypomną sobie”, by zabić przełożonego i podłożą mu ręczny granat lub coś podobnego; tak oto wśród całej tej wierności i przyjemności  wychodzi naraz strata ze swymi niefortunnymi konsekwencjami, czeka na swą ofiarę, jeśli się nie jest uważnym.

Z kolei są i tacy, dam wam kilka  przykładów; jak to wyjaśnicie: pewnego dnia, zanim Rosjanie zdobyli Stalingrad, z oblegającej armii zbiegło jakieś chyba 2000 Rosjan do naszej zgłodniałej załogi w Stalingradzie. Nikt nie może dać sensownego wyjaśnienia tego, z rozsądkiem nie ma to nic wspólnego, gdyż oblegający wiedzieli dokładnie, że oblężenie Stalingradu dobiegało końca – a jednak 2000 ich zdezerterowało.
Albo: zdarzyło się to w naszej walce przeciw bandom w tubylczych oddziałach walczących po naszej stronie. Walczą po naszej stronie przez tygodnie i miesiące. Dochodzi do przypadków w naszych oddziałach, to jest w rosyjskich oddziałach  ochronnych. Wieczorem w dniu gdy pobiliśmy i powaliliśmy silnego przeciwnika, niektórzy z nich uciekli, około połowy kompanii, i przeszli do pokonanego nieprzyjaciela. Osiem dni później część z nich wróciła. No cóż, sądzę, że muszę stwierdzić, że w tej Słowiańszczyźnie jeden rodzaj posiada więcej, inny mniej, w zachodnim wycinku jest bardziej kultywowany, we wschodnim bardziej niekultywowany. Zawarta jest cała skala odczuć i cech: od najserdeczniejszej religijności i życzliwości aż po ludożerstwo. Wszystko to tam jest i biada temu, kto bodaj raz o tym zapomni. Biada mu, bo na tym połamie sobie zęby („Wehe dem, denn daran geht man kaputt”).

Jak to jeszcze można wytłumaczyć? Da się to wyjaśnić słowiańskią mieszaniną komponentów rasowych. Postaram się to pokrótce przedstawić.
Kiedyś, przed wielką migracją ludów, w tych regionach, aż do Morza Czarnego i dalej wgłąb Rosji, żyły nasze plemiona germańskie. Była tu spora ludność germańska.   Jednak w związku z wydarzeniami historycznymi, które nie zostały nigdy całkowicie poznane, wypady azjatyckie z ówczesnym naporem Hunów pod wodzą Attyli z jednej strony zniewoliły te ludy, które musiały dla nich wystawiać wojsko. Pozostali uciekli lub wyemigrowali dokądkolwiek było to możliwe. Część germańskiej ludności pozostała. Tak powstała niezwykle szczupła germańska warstwa przywódcza, germańskiej krwi, oraz zdecydowanie większa warstwa niższa, wschodnia, szczególnie po wdarciu się Hunów oraz Mongołów, mongolskiej odmiany, mongolskiej rasy.

Nadszedł potem czas, w którym wiele ras niemieckich, ras germańskich migrowało do Polski, później tworząc tam górną warstwę społeczną, która została wezwana do Rosji przy użyciu klasycznego dla wszystkich czasów uzasadnienia, które po wsze czasy obowiązuje dla Słowian  („die für ewige Zeiten für die Slawen gilt”:
„Przybądźcie do naszej ziemi i rządźcie nami, gdyż sami nie jesteśmy w stanie rządzić sobą !” (6)
Wezwanie Waregów, Wikingów, nadchodzi stopniowo. W początkowym czasie istniał klarowny podział ras: germańska warstwa rządząca która nie miała nic wspólnego z ludami, nad którymi panowała. W miarę upływu czasu jednakże, poprzez prawa życia („durch die Gesetze des Lebens”) oraz poprzez nieprzestrzeganie praw krwi i rasy („und durch die Nichtbeachtung der Gesetze des Blutes und der Rasse”) jak też z innych przyczyn: poprzez wymagania wojenne, brak mężczyzn lub kobiet w warstwie panującej, następowało przenikanie krwi germańskiej do niższych segmentów społeczeństwa: Stało się tak w krajach bałtyckich, z niemieckiej warstwy panującej do  Łotyszów i Estończyków w 7 wieku; lub też, jak właśnie w Rosji, w Polsce, następowało wnikanie niższej warstwy do germańskiej warstwy panującej poprzez małżeństwa mieszane. W konsekwencji z tej germańskiej warstwy rządzącej wyłoniła się nowa klasa rządząca nowopowstałej narodowości. Klasa, która nie czuła się już germańską, lecz polską, rosyjską, ukraińską lub inną, odpowiadającą plemionom, jak kaszubską , której własność i interesy władzy w tym plemieniu ugruntowała, i powstawał nowy naród, nowy lud składający się ze wszelkich odmian i mieszanek: od tych z istniejącą jeszcze czystą germańską krwią, poprzez wszelkie mieszanki, w których germańska krew posiada przewagę  aż po mieszanki, w których krew germańska istnieje jedynie w małej części; gdzie, zapewne – jak to widzimy obecnie – para błyszczących niebieskich oczu należy do mongoloidalnego poza tym ciała, albo gdzie mamy nordyckie ciało ze wschodnią lub mongolską głową aż po typy, które posiadają czysto mongolskie cechy, w odosobnionych obszarach, jak na przykład w przypadku Łysej Góry w Generalnej Guberni, albo tutaj, w Warthegau, można znaleźć wsie i po obejrzeniu ludzi powiedzieć: „Hunowie czystej krwi żyją tutaj. Wciąż żyją tu,  gdzie osiedlili się 1 500 lat temu”.

Jeśli ktoś jest obznajomiony z historią powstania rasy słowiańskiej, to musi on rozumieć, że my mamy tylko jedno zadanie, jeśli te obszary oczyścić chcemy i oczyścić musimy. Musimy, jeśli chcemy żyć. To jedyne zadanie może być w jasnym opanowaniu i jasnym zdystansowaniu bez niepotrzebnego obrażania, inaczej bowiem możemy obrazić kogoś, kto jest częściowo naszej krwi i dumnym, i zrobić sobie wroga z tej osoby. Musimy mieć się na baczności przez cały czas, jednak nigdy nie powinniśmy być zanadto ufni, nawet po wielu latach – zawsze trzeba być uważnym niczym treser zwierząt świadomy swych lwów i lampartów.

To odnosi się aż do drobnostek. Uścisk dłoni, który my, Niemcy, wzajemnie wymieniamy wśród Niemców, musi być dla Słowianina albo dla małego parobka tu i ówdzie jednorazowym wyróżnieniem. Jednak uścisk dłoni nigdy nie powinien być odrzucony w widoczny sposób, jak poprzez werbalną odmowę. Czyni się wiele rzeczy, ale się o tym nie mówi („Man tut viele Dinge aber man spricht nicht darüber”).

Oklaski

Nie będzie praktyczne stałe chodzenie w gospodarstwie z pejczem, chociaż jest to  słuszne, jeśli ktoś jest całkiem bezwstydny, by go wygrzmocić („Es wird praktisch sein nicht mit der Reitpeitsche immer beim Gesinde herumzugehen, ebensoviel es richtig ist, weil er ganz unbeschämt ist, ihm zu verdreschen“). Trzeba tu będzie się wiele nauczyć, panowie, bo nie ma instrukcji obsługi mówiącej jak postępować z narodami słowiańskimi.

Oklaski, śmiech

Trzeba się uczyć tego, co robić, a czego nie. Jako jeździec nauczyłeś się co możesz z koniem robić, a czego nie. Jeśli się pomylisz, koń cię zrzuci. Jeśli uczynimy zło obcym ludom, nawet jeśli jest to zło wyrządzone jedynie ich wyższym klasom, niższe warstwy z pewnością nas kiedyś za to zabiją. Szkoda, jednak w wielu wypadkach to zasłużone („Schade, aber in vielen Fällen verdient”).

Jeśli się ten słowiański naród krzepko opanuje, można z tej masy ludzi wyzwolić nieprzebrane wartości i nieprzebrane siły dla Niemiec („Wenn man dieses slawische Volk rüstig beherrscht, kann man aus der Masse Mensch unendliche Werte herausholen und unendliche Kräfte für Deutschland“).

Uważam, że lepiej, by zginął Rosjanin albo Polak w tych światowych zmaganiach, jeśli można uratować Niemca, niemiecką krew. Żebyśmy sobie [jednak] nie uroili, że możemy wygrać tę wojnę jedynie przy pomocy Rosjan albo tylko Polaków jako armią wyzwolicielską lub tanią pomocą! Wojnę my  musimy wygrać!  Z naszego serca, z naszej krwi! Tam jednak, gdzie możemy pozwolić słudze umrzeć również, tam pozwolimy mu umrzeć! Jeśli zamiast Niemca… (Brawa)… Jeśli zamiast Niemca mogę poświęcić cudzoziemca, to go poświęcę.
Ale nigdy nie powinniśmy zapominać, że to mogą być tylko przypadki chwilowej pomocy, a nigdy  samej walki, tę walkę my  musimy stoczyć! Naszą  jest Rzesza, która jest tworzona i będzie ona przez nas  wywalczona i przez naszą krew. Nie zasługiwalibyśmy na nią i nie moglibyśmy jej utrzymać. Jedynie to, co wywalczy się samemu, można zachować! (7)

Brawa

Gdy mówię ogólnie o Słowianach, to chciałbym wskazać na to, że o tym, jak opanować Słowian, najlepiej można nauczyć się z tych przypadków, w których to opanowywanie się powiodło. Chodzi mi o terytorium rosyjskie, gdyż jest ono największą Słowiańszczyzną, jest ono jednak wszech-matką wszystkich Słowian. Mogą oni czasami być ze sobą w stanie wrogości i animozji – Polak obawia się, że go Rosjanin połknie, Rosjanie nie lubią Polaków, to wszystko prawda – jednak mimo to trzymają się oni razem w swoim panslawizmie, w swej wspólnocie.^

9 – Kto z powodzeniem rządził Słowianami. Metoda informatorów NKWD i GPU

We wszystkich przypadkach, kiedy udawało się to, poczynając od Złotej Ordy Dżyngis-Chana aż po pana Stalina, przywództwo było tego samego rodzaju. Znali oni swoich Słowian. Wiedzieli dokładnie, że posiadają oni jedną cechę: generalnie są oni  – poza pojedynczymi osobami  jak Lenin, Stalin, paru carów, Dżyngis-Chan, Tamerlan czy Attyla – niezdolni do tworzenia państwa i niezdolni do rządzenia sobą. Są oni natomiast zawsze zdolni – i byliśmy tego świadkami w przypadku Polski przez 700 lat – do oporu wobec istniejącego jeszcze porządku, do organizowania sprzysiężeń, do organizowania sabotaży i do konspirowania. To potrafią znakomicie! („Das können sie prima!”). Z tej znajomości swoich umiłowanych słowiańskich poddanych Rosjanie, albo raczej Słowianie, również z pewnością niektórzy Polacy, którzy to potrafili, wykształcili swoją własną metodę panowania nad swoimi poddanymi. U pana Stalin wygląda to tak: posiada on swoje sięgające daleko NKWD i GPU. Nikt nie wie z całą pewnością, gdy pięciu albo sześciu Rosjan się zbierze, nawet jeśli są rodziną z ojcem, matką i dziećmi, które z tych sześciu zadenuncjuje pozostałych do GPU. A więc możliwość konspirowania, szeptania mędzy sobą, przemawiania, argumentowania tak typowego dla Słowianina, bezużytecznego filozofowania aż do późna w nocy – została im przez ten system odebrana. Możemy, dla naszych praktycznych stosunków, nauczyć się tu i gdzie indziej, żeby przeniknąć do organizacji przeciwnika – lub jak przypuszczamy, naszego przeciwnika, który w większości wypadków istotnie jest naszym przeciwnikiem – by zaszczepić w nim poczucie, że nigdy nie jest sam i że my wiemy wszystko. Wtedy będzie on wierny i niezawodny, nie inaczej. Jeśli mówicie mi, że to szkaradna metoda, to wam coś powiem: szkaradną byłaby ta metoda dla nas Niemców, byłaby nas niegodna. I mogę oświadczyć również następującą rzecz w tym gronie: ja i mój nieżyjący już przyjaciel Heydrich byliśmy w ciągu tych dziesięciu lat istnienia Gestapo zawsze całkowicie przeciwni ustanowieniu systemu agentów i szpicli w rodzaju NKWD i nigdy nań nie przyzwoliliśmy.

Oklaski

Nie mam żadnych agentów. Praca w Służbie Bezpieczeństwa (Sicherheitsdienst; SD), i od tej zasady nie odstąpiliśmy, jest sprawą honoru dla każdego honorowego Niemca, tak jak jest dla każdego honorowego Anglika przynależność do (Secret) Service. To nie jest sprawa dla brudnych agentów, lecz dla żołnierzy, dla żołnierskiego obowiązku i żołnierskiego honoru. Takie rzeczy muszą istnieć. Mogliście to zobaczyć na jednym z przypadków  bardziej przyciągającyh uwagę: uwolnienie  Duce. Uwolnienie Duce  zakończyło się powodzeniem nie dlatego, że kommandosi Skorzenego byli odważni i przyzwoici, to był jedynie efekt końcowy. Uwolnienie było możliwe jako akt końcowy ogromnie długiej pracy, a takowa mogła mieć miejsce jedynie w SD, tak jak w Anglii ma to miejsce w Secret Service.

Wracając z powrotem: ten system szpicli, którego nigdy nie mieliśmy wśród Niemców i nigdy mieć nie będziemy, jest jednak konieczny wobec Słowian. Musimy jednak być ostrożni, by nie stosować niemieckich wartości, niemieckich standardów i niemieckich niepokojów – które są naszymi własnymi i które zawsze musimy posiadać – wobec innych ludów, duchowo słabszych, jakbyśmy chcieli sugerować, że one odczuwają tak samo jak my i że wobec tego, z fałszywej litości nie będziemy im tego robić. Im zapewne coś wyrządzamy, lecz nasze własne dzieci i rodziny na tym skorzystają, i dlatego będzie to czynione. I o tym nigdy nie powinniśmy zapominać. Gdy ma się takie nastawienie oraz znajomość historii ludów słowiańskich i ich natury, to jest tylko kwestią wychowania kiedy będziemy gotowi panować nad Słowianami w takim okręgu jak ten i na pozostałych terenach wschodnich, bez niepotrzebnej twardości, nigdy jednak z niestosowną łagodnością. Musimy być brutalni, jeśli to konieczne i gotowi w naszej postawie, lecz nigdy niezdecydowani. To źle, jeśli sługa widzi swego pana urżniętego („Es ist schlecht wenn ein Knecht sieht wenn sein Herr besoffen ist”), to nie wzmacnia pozycji pana.

Brawa

To jest niewymownie szkodliwe, gdy Untermensch (8) jest świadkiem walki pomiędzy rządzącymi… (oklaski )… czy to w rodzinie, czy w gospodarstwie albo w majątku, albo w organizacjach, wydziałach, urzędach, siłach zbrojnych, partii czy państwie. To niewymownie szkodliwe. Gdy mamy różnice poglądów, to możemy między nami, Niemcami, we właściwy sposób wszystko sobie powiedzieć. Jestem za tym, by dyskutować; nie pisać listów, tylko zebrać się, usiąść i przedyskutować dane sprawy. Bez wciągania biurokratów lub urzędników państwowych i członków sztabów; jest to przejrzyste i uczciwe, bo stwarzane jest zaufanie, gdy ludzie ze sobą rozmawiają, wszyscy wtedy ciągną w jednym kierunku. Jest natomiast krańcowo szkodliwe, jeśli ktokolwiek z nas walczy z innym Niemcem, a Polak jest tego świadkiem, lub gdy niemiecki przełożiny krytykuje niemieckiego podwładnego na oczach Polaka.

Oklaski

Nasz ton i postępowanie muszą być zawsze dyktowane przez to, by zachować niemiecką siłę i władzę, oszczędzać niemiecką krew, a jej pomnażanie i wspieranie nie tylko było dopuszczane, ale wspierane wszelkimi środkami. Nawet najmniejszy czyn inicjowany przez nas musi być podejmowany z prawem walki rasowej i narodowej na widoku. Jak wspomniałem wcześniej, nie ma instrukcji dla leczenia i nie ma regulacji dla wszystkich pojedynczych rzeczy.  O ile usiłuję zapobiec jakiejkolwiek krzywdzie grożącej niemieckiej matce i dziecku, zapobiegać aborcji za wszelką cenę; to wobec Słowian reprezentuję opinię: nie jestem ich stróżem; pozwólmy im to robić. Tutaj moja prawość nie sięga tak daleko, jestem prawy jako Niemiec, jestem prawy dla mojego narodu („Hier geht meine Rechtlichkeit nicht so weit, ich bin rechtlich als Deutscher, bin rechtlich für mein Volk”). Inne narody czynią co same chcą. Interesują mnie one jedynie o ile potrzebuję ich dla Niemiec, poza tym nie interesuję się nimi zupełnie. I to stanowisko, to wewnętrzne nastawienie musimy właśnie jako narodowi socjaliści czerpać ze znajomości praw krwi, rozwoju ras i ludów, stosunków władzy na Wschodzie, z tejże wiedzy musimy poznawać nasze prawdy, wzajemnie się wychowywać. I przekonany jestem, że nasza młodzież, wzrastająca właśnie tutaj, będzie znała wiele rzeczy, które my musieliśmy sobie przyswoić, nie będzie popełniała tych błędów, które myśmy musieli niegdyś popełniać, by się uczyć. Wiele rzeczy, które my sobie musieliśmy przyswoić, będzie posiadać sama z siebie. I mam przeświadczenie, że będziemy mogli osiągnąć panowanie nad najmniej setkami milionów cudzoziemców, w co najmniej takim stopniu jak dzisiaj Anglicy. Ci Anglicy są jednakże, i o tym nie powinniśmy zapominać, małą częścią naszej germańskiej krwi naszego kontynentu.^

10 – Twarda rzeczywistość wojenna. Konieczność zmiażdżenia niesnasek i defetyzmu

Wojna jest obecnie ciężka, wiemy o tym. Nie chciałbym dyskutować tu zbytnio kwestii wojennych, gdyż uważam je za ewidentne.  Uważam też za ewidentne, że każdy uczyni wszystko, nawet najdrobniejszą z drobnostek, by tę wojnę wygrać; że każdy z nas, każdy mężczyzna, który zdolny jest do służby w walce, zostanie posłany na front; że każdy z nas rozwiąże wszelkie niedomagania spokojnie i bez szemrania; że nie będzie milczał w jakichkolwiek sprawach, lecz że będzie je kwestionować w dobrej wierze, a jeśli okaże się to niemożliwe, zostaną one zameldowane; że przeciwstawimy się z wszelkim pogłoskom; że zdusimy każdy defetyzm, który może się pojawić lub się pojawi; że każdego, kto bodaj jest załamany, gdyż los nie obszedł się z nim łaskawie, np starcił syna, wyprostujemy, że przemówimy mu do honoru („daß wir ihn beim Portepee fassen”) i porozmawiamy z nim jak z Niemcem, przypominając mu o jego wierności wobec Führera  i o posłuszeństwie, o wdzięczności jaką winien jest on swej Rzeszy i narodowi. Ale to są wszystko sprawy oczywiste. Nigdy nie wolno nam stawać się bojaźliwymi. Gdyż to, że wojna z wielomionową Rosją, tą brutalnie rządzoną masą ze wschodu, przyniesie ze sobą największe trudności, było od początku wiadome. To, że jeszcze nadejdą trudności, to możemy spokojnie założyć. Trzeba będzie jeszcze przejść przez niejedno. Rosjanie w nadchodzącej zimie, w nadchodzącej jesieni, nadejdą znowu, już zaczynają, z desperacką armią z dobrze ponad 100 dywizjami. Te również będziemy musieli odeprzeć, rozbić i wybić („Auch die werden wir abschlagen, zerschlagen und abschlachten müssen”). Jeśli jednak naród taki jak Rosjanie mają żołnierzy w wieku od szesnastu lat do pięćdziesięciu lub pięćdziesięciu pięciu w swoich szeregach, to rozsądek mówi nam, że ta masa ludzka musi również się skończyć, tak jak wszystko na tej ziemi.

Mimo wszystko będziemy musieli jeszcze przejść szereg prób na całym teatrze działań wojennych. I mimo to, chciałbym powiedzieć: wiem, my to wiemy, że pewnego dnia, po najbardziej gorzkich i najczarniejszych miesiącach, po największych niebezpieczeństwach i największych próbach wojna się zakończy. Któryś z naszych wrogów da w końcu za wygraną, a gdy to się stanie, inni podążą jego śladem.^

11 – Jaki ma być koniec wojny

A potem jeden z drugim powie: „Tak, widzicie, zawsze mówiłem wam, że wojna z Anglią zakończy się remisem.”
A to sprytne,  (śmiech ) nigdy przecież nie zamierzaliśmy podbijać Anglii. Sprawdźcie wszystkie wypowiedzi, wszystkie przemówienia, wszystkie artykuły prasowe począwszy od 1939, czy nawet 1934. Jedynym żądaniem, jakie mieliśmy wobec Anglii, był zwrot naszych kolonii. Nigdy nie chcieliśmy mieć  Irlandii, nigdy nie chcieliśmy mieć żadnego kawałka Anglii; nie chcieliśmy w żadnym wypadku zniszczenia Imperium Brytyjskiego, bo jest to w końcu imperium białego człowieka. Zatem to po prostu Anglia ponownie chciała mieszać w Europie. Jeśli zatem ten fakt, że Niemcy zarządzają w Europie, że mają otwartą drogę na wschód i że mamy dodatkowo ziemię uprawną tutaj w Warthegau, w Generalnej Guberni i dalej na wschodzie, w Rosji, nazywacie remisem  – to się z wami zgadzam.

śmiech

Pod koniec wojny następujące fakty zostaną ustalone: po pierwsze, potwierdzenie wszystkich zdobyczy, jakie  Niemcy uzyskały do 1939 roku, t.j. do roku wojny z Polską. Po drugie: potwierdzenie przed światem, że Niemcy są nie tylko mocarstwem europejskim, jak udowodnił to Stary Fritz (Fryderyk Wielki) w Wojnie Siedmioletniej, lecz że Niemcy są mocarstwem światowym. Po trzecie:  zapoczątkowanie i kontynuacja procesu tworzenia Rzeszy Germańskiej, lub Wielkogermańskiej na bazie Rzeszy Niemieckiej; że jednoczenie Germanów, które wbrew wszelkim trudnościom, jakie dzisiaj mamy ciągle z ludnością w Holandii i Norwegii,  zapoczątkowane zostało na polu walki, w dużej mierze wśród germańskich dywizji jak „Wiking” oraz „Nordland”, ale także w trzecim germańskim korpusie pancernym. Że ten proces unifikacji zostanie znacznie przyspieszony poprzez włączenie tych krajów i narodów do wspólnoty germańskiej, do germańskiego związku państw, do germańskiej Rzeszy. I że wtedy, zamiast 90 milionów narodu Niemców będziemy mieli 120 milionów narodu zjednoczonych Germanów, którzy będą mocarstwem porządku europejskiego („Ordnungsmacht Europas”). I że będziemy, z tym całościowym narodem germańskim, mieli przestrzeń na wschodzie, na której będziemy mieli w końcu powietrze i miejsce do życia, przestrzeń i ziemię, przygotowaną i użyźnioną, podbitą i wypełnioną krwią setek tysięcy poległych żołnierzy niemieckich. Przygotowaną tylko dla jednego celu, by z tej roli i ziemi powstał niemiecko-germański kraj osiedlenia.^

12 – Germanizacja terenów wschodnich Rzeszy. Organizacja społeczności niemieckiej. Spojrzenie w przyszłość

Program, którego realizację rozpoczniemy w dniu, w którym zamilknie ostatni strzał, w nieustającej pracy pokojowej trwającej przez okres życia całego pokolenia, brzmi: kompletne zniemczenie nowych prowincji niemieckich – Górnego Śląska, Kraju Warty, Prus Zachodnich, Prus Południowo-Wschodnich. Oznacza to jasno i jednoznacznie dalsze przesunięcie jednoznacznej granicy narodu niemieckiego, to znaczy obszaru, w którym nie mieszka nikt inny aniżeli Niemiec i Germanin,  około tysiąca kilometrów od starej granicy Rzeszy Niemieckiej („Das Programm, das wir an dem Tag, an dem der letzte Schuß geweilt ist, durchzuführen beginnen werden in einer nimmer müden Friedensarbeit von einem Menschensalter zunächst, das lautet: völlige Deutschwerdung der neuen deutschen Provinzen: Oberschlesien, Wartheland, Westpreußen, Süd-Ostpreußen, bedeutet klar und eindeutig Weiterhinausschiebung einer eindeutigen deutschen Volkstumsgrenze, das heißt des Gebietes in dem kein anderer wohnt als ein Deutscher und ein Germane, umrund Tausend Kilometer von der alten Deutschen Reichsgrenze weg”).

oklaski

Oznacza to gospodarcze i polityczne posiadanie, obsadzenie i zagospodarowanie możliwie dalszych obszarów graniczących  z obszarami niemieckiego osiedlenia; stworzenie centrów zaopatrzenia i zasilania z niemieckimi garnizonami, niemieckimi magazynami, składami, warsztatami naprawczymi dla samochodów i kolei, stworzenie małych miast o liczbie mieszkańców 20 tysięcy w odległościach około 100 kilometrów od siebie; oraz zorganizowanie osad niemieckich zaludnionych przez niemieckich rolników – w promieniu 5 kilometrów wokół tychże miast, by miasto mogło mieć swych rolników oraz dla rolników, by mieli swe miejskie centrum.

Stworzenie szkółki leśnej krwi germańskiej, abyśmy w końcu mogli stać się na nowo narodem z wieloma dziećmi – nie jest  to jedynie kwestia jakiegokolwiek poglądu lub jakichkolwiek opinii, lecz kwestia bytu naszego narodu. Jest już przygnębiające, jeśli się wie, że rosyjski rocznik ma 2,5 do 3 razy więcej mężczyzn niż niemiecki rocznik. Zaoszczędzilibyśmy sobie dzisiaj wielu problemów, gdyby podejście ludzi, i nas samych, jakieś 18, 19 czy 20 lat temu odnośnie kontynuacji linii krwi naszych rodzin, odnośnie tego, co winni jesteśmy naszym przodkom, było inne aniżeli 20 lat temu w demokratyczno-liberalnych, jakkolwiek również bardzo biednych czasach inflacji i bezrobocia. Nasi przodkowie zasługują na więcej. Ten wschód, który musi być, i będzie, ową szkółką leśną najczystszej krwi germańskiej, będzie tyglem wszystkich linii niemieckich i germańskich. I ten cel, który tu przypieczętowujemy na podstawie jakości jednorazowych i decydujących wartości rasowych człowieka, przyczyni się również do tego, że ten wschód w ten sposób stanie się przesłanką tego, że ta Rzesza Germańska na świecie, w następnych stuleciach będzie zdolna do powstrzymania i odparcia następnych ciosów, które wcześniej czy później, w rytmie historii, nadchodzić będą z głębi Azji, i do ponownego przesunięcia granicy narodu. A w ostatecznym rozrachunku do odzyskania jedynie tego, co Goci i Wandalowie, jako nasi germańscy przodkowie, niegdyś posiadali jako swoją domenę („Reich”) i jako swój kraj.

My jednak, którym dozwolone jest, dzięki darowi przeznaczenia, żyć w obecnym czasie, chcemy dziękować codziennie, co godzinę, że – możemy to również powiedzieć – Bóg zesłał nam naszego Fűhrera  po dwóch tysiącach lat.

oklaski

My jako niemieccy mężczyźni i kobiety, chcemy być wdzięczni, że właśnie w tym czasie się narodziliśmy i że w tym czasie możemy żyć. Pragniemy, każdy na swoim stanowisku, czynić naszą powinność, by Fűhrerowi  jego zadanie ułatwić i dopomóc w nim gdziekolwiek to możliwe. I nie zamierzamy nigdy ulec, gdy codzienność lub gdy wróg się wdziera lub w jakimkolwiek miejscu naciska, albo gdy los wciąż, miesiąc po miesiącu, rzuca nas na szalę, waży i wypróbowuje nas, gdyż kiedyś te miesiące przeminą i ważnym pozostanie tylko jedno: ten cel, który wolno mi było wam tu pokazać, ta tworzona przez Fűhrera  Adolfa Hitlera Rzesza Germańska, siedlisko tu na wschodzie. I wiarę, że ten wschód wywalczymy, starą niemiecką metodą zdobędziemy ziemię, zbudujemy gospodarstwa, obronimy je mieczem, by ponownie zdobyć nową ziemię, dla wiecznego przyrostu, dla wiecznej młodzieży i dla przyszłości niemiecko-germańskiego narodu!
Heil Hitler!

długotrwała owacja

Po owacji na mównicę wkracza Gauleiter Arthur Greiser:

Reichsfűhrerze, słowa podzięki, które w imieniu wszystkich moich współpracowników chciałbym Wam przekazać, są zbyt słabe, by oddać odczucia, które nas wszystkich, przewodzących temu Okręgowi, w tej godzinie przepełniają. Daliście nam, Reichsfűhrerze, nie tylko wgląd w wielką przyszłość, która wyrośnie z krwi obecnej walki, lecz daliście nam zadośćuczynienie dla naszej pracy, że Wy, jako pełnomocnik Fűhrera do załatwienia tych przeogromnych zagadnień, wykazaliście słuszność naszego lepszego zaangażowania, słuszność linii politycznej naszego narodu, a przez to i słuszność naszej walki. Za to…. (brawa )…. Za to, Reichsfűhrerze, dziękujemy Wam i prosimy Was, abyście, gdy jutro ponownie będziecie w Głównej Kwaterze u Fűhrera, zechcieli mu powiedzieć, że może on na tych mężczyznach i kobietach, zrośniętych ze sobą w tę sprzysiężoną wspólnotę zawsze i na zwasze polegać.

Brawa

Panowie i Panie, w tejże godzinie wysłałem do Fűhrera telegram o następującej treści:

„Mein Fűhrer, dzisiaj Okręg Rzeszy Kraju Warty (Reichsgau Wartheland) obchodzi swoje czwarte urodziny, które stały się możliwe dzięki Waszemu zdecydowaniu i Waszej energii oraz dzięki zwycięskiemu zaangażowaniu Waszego Wehrmachtu. To oswobodzenie wspominają dziś wszyscy niemieccy mężczyźni i kobiety oraz niemiecka młodzież w Reichsgau Wartheland, których liczba w owych czterech latach wzrosła do około 900 000. […] powiedział, przekazuję Wam, Drogi Fűhrerze, wdzięczność za wyzwolenie naszej ojczyzny, wolę największego zaangażowania i ślubowanie dalszej, niewzruszonej wierności.”

Owacja

Pozdrownienie dla Fűhrera! („Begrűβt den Fűhrer!”)

Wszyscy wstają z miejsc

Adolf Hitler – Sieg…
…Heil!

Sieg…
…Heil!

Sieg…
…Heil!

Po czym następuje odśpiewanie 1 strofy hymnu Niemiec^

PRZYPISY

1. Przemówienia z początku października 1943 w Poznaniu dotyczyły innych kwestii. Pierwsze, z 4 października, wygłoszone zostało do 92 przedstawicieli SS. Było niezmiernie długie, bo zajęło ok. 3 godzin. Drugie, z 6 października, było adresowane do Reichsleiterów i Gauleiterów. Obecni byli także Albert Speer, Alfred Rosenberg, Karl Dőnitz, Artur Axmann i Erhard Milch (zastępca Gőringa w Luftwaffe).

Istnieją poważne kontrowersje co do autentyczności niektórych sformułowań, jakich użyć miał Himmler w obu tych wystąpieniach. Np 6 października miał on mówić o masowych egzekucjach m.in. dzieci. A co do 4 października, istnieje zachowana 6-minutowa gramofonowa płyta woskowa, która ma zawierać sformułowania odnoszące się do eksterminacji Żydów. Zarówno zwolennicy jak i przeciwnicy autentyczności tych fragmentów oraz nagrania posługują się, naszym zdaniem, wyjątkowo „cienką” ewidencją na poparcie własnych tez.

Zwolennicy autentyczności po prostu zakładają, że fragmenty te są autentyczne. Co do nagrania gramofonowego, już podczas Procesu Norymberskiego uznali oni, że nagranie jest autentyczne, chyba że dowiedzione zostanie fałszerstwo. Trybunał uznał autentyczność na zasadzie „prima facie” („na pierwszy rzut oka”), nie zagłębiając się w sprawy np przeprowadzenia analizy dźwięku, by rozpoznać głos Himmlera. Przesłuchiwany przez Trybunał SS-Obergruppenfűhrer Gottlob Berger, zapytywany był dwukrotnie, czy to nagranie jest autentyczne. Za pierwszym razem zaprzeczył. Za drugim stwierdził, że to mógłby być głos Himmlera. Oto cała podstawa autentyczności.

Przeciwnicy autentyczności natomiast podnoszą kwestie następujące, które ich zdaniem świadczą o fałszerstwie:

1. „Ostateczne rozwiązanie” nie było tematem żadnego z tych przemówień, zatem fakt (lub „fakt”) nawiązania doń przez Himmlera jest co najmniej „dziwny”.

2. Himmler nie był znany z tego, by otwarcie mówić o eksterminacjach. Dlaczego zatem dwukrotnie, w odstępie ledwie dwóch dni, miałby, i to na dodatek w TAKI sposób o tym mówić?

3. Himmler nawiązał do „uprowadzania” dzieci oraz do „niewolnictwa”, które to „niewolnictwo” miało być potrzebne „dla naszej kultury”. Niemcy nie posiadały kultury bazowanej na niewolnictwie. To MY używamy określenia „praca niewolnicza”, gdy mówimy o pracy przymusowej dla III Rzeszy, z uwagi na podłe nieraz jej warunki. Ale III Rzesza nie używała takiego określenia, mówiono tam o „zatrudnieniu”. Podobnie nie mówiono otwarcie o „uprowadzaniu”, „porywaniu” czy „kidnappingu” (no, ale może jednak Himmler, będąc wśród „samych swoich”, zdobył się jednak na odrobinę szczerości?)

4. Jeżeli Himmler istotnie uważał, że o tych eksterminacjach nie powinno się mówić, to dlaczego pozwalał sobie na to sam, dlaczego pozwalał swoje słowa stenografować, a następnie sporządzać ze stenogramów maszynopisy? A przede wszystkim: dlaczego pozwalał te swoje słowa nagrywać?

5. Himmler „wspomina”, że ” ‘Rasa żydowska ma zostać wyniszczona’, mówi każdy członek partii. ‘To oczywiste, to część naszego programu, eliminacja Zydów, wyniszczenie, zrobimy to zatem’ “. Albo zatem Himmler próbował sobie przydać “usprawiedliwienia”, albo ten fragment jest faktycznie nieautentyczny. Bowiem twierdzenie o tym, że “każdy członek partii” rzekomo “mówił” o konieczności wyniszczania Zydów, w najzwyklejszy sposób całkowicie mija się z prawdą. Wyniszczenia Zydów nie znajdujemy także w programie NSDAP.

Nie wdając się  w to, czy słowa te są w końcu prawdziwe czy nie (sądzimy, że masowe groby pełne ludzkich szczątków są konkretnym dowodem), odnotowujemy po prostu fakt tej kontrowersji. Oto użyteczne linki do informacji na ten temat:

http://en.wikipedia.org/wiki/Heinrich_Himmler#Posen_speech

http://www.historyplace.com/worldwar2/holocaust/h-posen.htm

https://endzog.wordpress.com/2012/12/31/heinrich-himmlers-faked-posen-jewish-extermination-speech/

2. Arthur Greiser, urodzony w Środzie Wielkopolskiej, był przed II Wojną przewodniczącym Senatu w t.zw. „Wolnym Mieście Gdańsku”. Został podczas wojny Gauleiterem w nowo utworzonym Reichsgau Wartheland (w skrócie zwanym „Warthegau”). Po wojnie osądzony z oskarżenia o zbrodnie wojenne i publicznie powieszony 21 lipca 1946 roku:

Greiser przed sądem
Egzekucja Greisera

3.  Podobne echa pobrzmiewają w obu książkach Hitlera, to znaczy w „Mein Kampf” (1924-25) oraz w tak zwanej „Drugiej Książce”, nigdy nie wydanej drukiem. Jak zobaczymy, Hitler miał początkowo o wiele bardziej nawet sztywne i nieprzejednane stanowisko:

„Połowiczna była polityka wobec Polski. Drażniono, nie podejmując jednak żadnych przedsiębiorczych środków. Rezultatem nie było ani zwycięstwo niemieckości, ani pogodzenie się z Polakami, za to wrogość z Rosją”
(„Halb war die Polenpolitik. Man reizte, ohne jemals ernstlich durchzugreifen. Das Ergebnis war weder ein Sieg des Deutschtums noch eine Versöhnung der Polen, dafür aber Feindschaft mit Rußland.”) („Mein Kampf“, s. 297)

„Owa tak przez wielu wymagana polityka polska w sensie germanizacji Wschodu opierała się niestety niemal zawsze na tej samej mrzonce. Również w tym wypadku wierzono w możliwość germanizacji („Germanisation”) elementu polskiego poprzez przeprowadzenie jego czysto językowego zniemczenia („Eindeutschung”). Również i tutaj rezultat był nieszczęsny: obcorasowy naród („ein fremdrassiges Volk”) wyrażający swoje obce myśli w języku niemieckim, kompromitując poprzez swoją własną małą wartościowość („Minderwertigkeit”) wielkość i godność naszego własnego narodu.” („Mein Kampf”, s. 429-430)

„Ruch Narodowo-Socjalistyczny, z drugiej strony, będzie zawsze mieć swą politykę zagraniczną zdeterminowaną koniecznością zapewnienia przestrzeni niezbędnej do życia naszego narodu. Nie zna on germanizacji lub zniemczenia, jak w przypadku narodowej burżuazji, lecz jedynie rozprzestrzenianie się własnego narodu. Nigdy nie będzie widział w podporządkowanych, tak zwanych zgermanizowanych, Czechach czy Polakach, wzmocnienia narodowego, ani tym bardziej ludowego, lecz jedynie rasowe osłabianie naszego narodu. Gdyż jego koncepcja narodowa nie jest zdeterminowana wcześniejszymi patriotycznymi ideami rządzenia, lecz raczej względami ludowymi i rasowymi.” („Zweites Buch”, Rozdział V)

„Ludowe państwo, z drugiej strony, nie może pod żadnym pozorem anektować Polaków z intencją uczynienia z nich Niemców pewnego dnia. Wręcz przeciwnie, musi ono zdobyć się na determinację albo po to, aby oddzielić owe obce elementy rasowe, aby krew jego własnego narodu nie uległa ponownemu zepsuciu, albo też musi ono bez żadnych ceregieli usunąć ich i przekazać opuszczone terytorium swym rodakom.” („Zweites Buch”, Rozdział VI)

Oczywiście te fragmenty dotyczyły Polaków w przedwojennych granicach Rzeszy.

4. Pokrewieństwo krwi rozumiane było oficjalnie w trzech kategoriach:
1. rasa
2. narodowość
3. pokrewieństwo osobiste

Jedna z Ustaw Norymberskich, ta o obywatelstwie, z 15 września 1935 roku, mówi wyraźnie (§2 p.1), że „Obywatelem Rzeszy jest tylko osoba przynależna państwowo o krwi niemieckiej lub pokrewnej […]” („Reichsbürger ist nur der Staatsangehörige deutschen oder artverwandten Blutes […]”)

5. Kwestie związane z Deutsche Volksliste (DVL) będą omawiane dokładniej przy innej okazji. Tu jedynie, tytułem wyjaśnienia, przypominamy, że mocą zarządzenia z 4 marca 1941, opublikowanego w Reichsgesetzblatt, czyli w Dzienniku Ustaw Rzeszy (Dz.U.Rz.) w dniu 6 marca 1941, na obszarach włączonych do Rzeszy w roku 1939 wprowadzono Volkslistę podzieloną na 4 grupy. Dwie pierwsze grupy (1 i 2) obejmowały Niemców, zarówno tych, którzy aktywnie udzielali się w walce o niemieckość, jak i tych, którzy zachowali się biernie w Polsce, ale zachowali swą niemieckość. Grupę 3 stanowiły „osoby pochodzenia niemieckiego, które z biegiem lat weszły w związki z polskością” oraz „członkowie niejasno określonych pod wzglądem narodowym grup ludności, skłaniających się ku niemieckości, z domowym językiem słowiańskim”. Grupę 4 stanowiły „osoby pochodzenia niemieckiego które politycznie wchłonięte zostały przez polskość”.

Zarządzenie z 4 marca 1941 przewidywało (ustęp II, §5), że osoby zaliczone do grupy 3 DVL „otrzymują niemiecką przynależność państwową w drodze naturalizacji”.
Już jednak niecałe 11 miesięcy później, zarządzeniem z 31 stycznia 1942 (Dz.U.Rz. Nr9, 31.1.1942, s.51, ust. III) CAŁA grupa 3 DVL otrzymała niemieckie obywatelstwo, ale „auf Widerruf”, czyli z możliwością odwołania tego obywatelstwa. Cały następny fragment mowy Himmlera poświęcony jest właśnie kwestii owego obywatelstwa „auf Widerruf” dla grupy 3 DVL, jako że nie brakowało postulatów, by przyznać tej grupie obywatelstwo „ohne Widerruf” (bez możliwości odwołania).

6. W całym tym fragmencie warto zwrócić uwagę na następującą prawidłowość: fakty odnoszące się do kształtowania ludności we wschodniej części Europy, są przedstawione przez Himmlera generalnie  zgodnie z prawdą.
Generalnie, bo oczywiście zostało to uczynione z dużymi skrótami i w niezwykle uproszczonej formie. Himmler stosuje przy tym nazwy „Rosjanie”, „Polacy” w odniesieniu do czasów, gdy te nazwy nie istniały jeszcze. Do tej generalnie prawdziwej akumulacji faktów dodaje on jednak wyjątkowo sztywną i jednostronną  interpretację oraz jedno jedyne  kłamstwo („Przybądźcie do naszej ziemi i rządźcie nami, gdyż sami nie jesteśmy w stanie rządzić sobą !” ), by w końcu zaprezentować owo kłamstwo, wręcz programowo ,  jako „po wsze czasy obowiązujące dla Słowian”.  Chyba trudno o bardziej wymowny przykład, gdzie powiedziano prawdę, nadano jej jedną interpretację i dodano jedno jedyne kłamstwo, by wypaczyć, dla powodów politycznych, praktycznie całą wymowę dopiero co opowiedzianej prawdy…

7. Cały ten fragment w niemieckim oryginale:

„Ich meine auch es ist besser es stirbt ein Russe oder ein Pole in diesem Weltenkampf, wenn ich einen Deutschen, ein deutsches Blut schonen kann. Daß wir bloß nie  einbilden daß wir mit Russen allein oder mit Polen allein als Befreiungsarmee oder als billige Hilfe allein diesen Krieg gewinnen können! Den Krieg müssen wir gewinnen! Aus unserem Herz, als unserem Blut heraus! Wo wir aber einen Knecht  mitsterben lassen können, dann lassen wir ihm mitsterben! Wenn ich an Stelle eines Deutschen… (Brawa)… Wenn ich an Stelle eines Deutschen einen Fremden opfern kann, opfere ich ihn. Aber niemals sollen wir vergessen daß das nur Aushilfen sein können und niemals der Kampf selbst, den Kampf selbst müssen wir bestehen! Unser  ist das Reich das da geschaffen wird und wird es sich von uns erkämpft und durch unser Blut. Hätten wir es nicht verdient und könnten wir es nicht halten. Nur was man selbst erkämpft, da hält man!” (Brawa)

8. Ponieważ Himmler użył słowa „Untermensch“, uznaliśmy, że warto w tym kontekście wyjaśnić nieco więcej co to za pojęcie.
Rok przed  tym przemówieniem Himmlera, Główny Urząd SS („SS-Hauptamt“) wydał drukiem tę oto 52-stronicową broszurkę pod tytułem „Der Untermensch“.
Takie było motto tej broszury:

„Jak długo ludzie istnieją na Ziemi, tak długo walka między człowiekiem a podczłowiekiem będzie historyczną regułą, a walka kierowana przez Żydów przeciw narodom, jak tylko możemy sięgnąć wstecz, należy do naturalnego przebiegu życia na naszej planecie. Możemy spokojnie dojść do przekonania, że to zmaganie na śmierć i życie jest dokładnie tak samo prawem natury, jak walka lasecznika zarazy przeciw zdrowemu ciału.“
(Heinrich Himmler, 1935)

A oto pierwszy akapit tekstu:

„Tak jak noc powstaje przeciw dniu, jak światło i cień są sobie wiecznie wrogie – tak też największym wrogiem panującego nad ziemią człowieka jest sam człowiek.( „So wie die Nacht aufsteht gegen den Tag, wie sich Licht und Schatten ewig feind sind – so ist der größte Feind des erdebeherrschenden Menschen der Mensch selbst.“)
Podczłowiek – ten biologicznie pozornie całkowicie jednakowy twór natury z dłońmi, stopami i rodzajem mózgowia, z oczami i ustami, jest jednak całkiem odmiennym, straszliwym stworzeniem, jedynie o miot odległym od człowieka, z ludzkimi rysami twarzy – duchowo, psychicznie jednak stojącym niżej aniżeli jakiekolwiek zwierzę. We wnętrzu tej istoty jest okrutny chaos dzikich, niepohamowanych namiętności: bezimiennej żądzy niszczenia, najprymitywniejszej pożądliwości, nieskrywanej nikczemności.
Podczłowiek – i nic poza tym!”

I dalej:

„I ten świat przestępczy podludzi znalazł swego przywódcę: – wiecznego Żyda!”
(„Und diese Unterwelt der Untermenschen fand ihren Führer: – den ewigen Juden!“)

„Zaczęło się w czasach historycznych od zagłady Persów, od święta Purim, pierwszej gloryfikacji zorganizowanego mordu masowego, 75 000 aryjskich Persów padło ofiarą żydowskiej nienawiści. Dziś jeszcze żydostwo świętuje ten akt terroru jako swoje największe „religijne” święto.
Wieczną jest nienawiść podczłowieka do jasnych postaci, nosicieli światła. Wiecznie grozi z pustyni zagłada Zachodu.
Wiecznie kłębią się w dalekich stepach siły zniszczenia, Attyla i Dżyngis-Chan wciąż zbiera swe huńskie hordy i szaleje nad Europą, zostawiając za sobą żywą Apokalipsę, ogień i śmierć, gwałt, mord i zgrozę, aby świat światła i wiedzy tysiąckrotnej, aby siły postępu i ludzkiej wielkości zapadły się ponownie w otchłań stanu pierwotnego!
Wieczny jest zamiar podczłowieka:
By znowu nastała pustynia tam, gdzie jeszcze światło wzniosłego poznania twórczo rozjaśnia ciemność, bo wtedy jego ostateczny cel zostałby osiągnięty, chaos.
Tak przebiega od millenniów, według okrutnych, nieobliczalnych praw, walka obydwu tych biegunów, stale pojawia się nowy Attyla, nowy Dżyngis-Chan, który rozdziera bramy Europy i który zna tylko jedno: całkowite zniszczenie wszystkiego, co piękne!
Ucieleśnieniem tej żądzy zniszczenia jest dzisiaj bolszewizm! Ale ten bolszewizm nie jest żadnym zjawiskiem czasowym. Nie jest on produktem naszych dni! Nie jest również żadną nowością w ramach historii ludzkości. Lecz jest tak stary, jak sam Żyd. Krzewicielami są zaś Lenin – Stalin.”

Tak więc, według autorów, Untermensch niekoniecznie musi mieć jakieś konkretne korzenie rasowe, na pewno niekoniecznie jest nim Żyd. Jeżeli już, to jest raczej rodzajem „Mongoła” lub „Huna”. A i te określenia są raczej metaforyczne, gdyż „stale pojawia się nowy Attyla, nowy Dżyngis-Chan, który rozdziera bramy Europy…”.  Żyd jednak to ten, który Untermenschem się posługuje. Untermensch to ktoś, kto jest, z przyczyn zależnych od niego lub nie, przeciwny postępowi, światłości, chwalebności dociekań i poznania. To ktoś, kto sam tkwi w ciemnocie i pragnie narzucić ją innym. Tak zdaje się definiować to pojęcie owa publikacja.

Termin „Untermensch”, który mógł pochodzić od amerykańskiego autora nazwiskiem Lothrop Stoddard (w angielskiej wersji „under-man”) z jego pamfletu „The Revolt Against Civilization: The Menace of the Under-man” (1922), chociaż już w 1882 roku Friedrich Nietzsche użył tego określenia „Untermensch” (choć nie wobec ludzi, lecz mitologicznych postaci centaurów, karłów i innych).

Wracając zaś do III Rzeszy, określenie to było używane raz to wobec szczególnie zdegenerowanych przestępców, innym razem wobec komunistycznych przeciwników, innym razem znowu wobec osoby innej rasy, czasami po prostu wobec ludzi, których w Polsce obecnie określonoby mianem „meneli”.

Jak więc widzimy, nie ma jednoznacznej i precyzyjnej definicji tego, kim jest Untermensch. Jest to termin, który można było zatem zastosować dość dowolnie na zasadzie „one size fits all” („jeden rozmiar dla wszystkich”), stąd też zapewne jego rozpowszechnienie. Podobnie dzisiaj ma się rzecz z „antysemitą” – tu też nie ma precyzyjnej definicji, stąd ciągłe nadużywanie terminu.

Nie wiemy zatem w jakim to konkretnym sensie Himmler użył w tym przemówieniu słowa „Untermensch”. Jakiekolwiek ono jednak było, było negatywne…

Niecały rok po cytowanym tu przemówieniu, Himmlerowi przyszło tłumaczyć się z broszury „Der Untermensch” i to przed Rosjaninem. 16 września 1944 Himmler spotkał się z generałem Andriejem Własowem, który podczas rozmowy zagadnął go o tę publikację. Według jednego ze źródeł, taką oto otrzymał odpowiedź od szefa SS:

“Pamflet, który pan wspomina, miał za zadanie pokazanie typu ludzkiego stworzonego przez system bolszewicki, typu, który zagraża Niemcom dokładnie tak jak zagraża pańskiemu krajowi. Podludzie istnieją w każdym narodzie. Różnica między naszym krajem a waszym jest ta, że u was podludzie mają władzę, podczas gdy w Niemczech wsadziłem ich za kratki. Będzie to ostatecznie waszym zadaniem, by odwrócić tę sytuację również w Rosji.”
(Jürgen Thorwald, „The Illusion”, s. 213)

Opinię podkreśloną przez nas tłustym drukiem, że Untermensche istnieją w każdym narodzie, wygłosił w jednym ze swych przemówień także Joseph Goebbels już w 1936 roku, gdy stwierdził on, że Untermensche istnieją w każdym narodzie jako „czynnik fermentu“.


Źródło: http://www.monio.info/2015/03/21/himmler-przemowienie-z-24-pazdziernika-1943-w-poznaniu/

 

Reklamy
Opublikowano historia, Narodowy Socjalizm | Otagowano , , , , , , , | 4 Komentarze

Krytyka Demokracji

Czy to najlepszy system rządzenia państwem jak nam wmawiano ad nauseum od co najmniej 1989 roku, ale pewnie jeszcze wcześniej?

Ciekawy fragment, w którym znajdziemy:

  • Porównanie skuteczności obecnej europejskiej demokracji do skuteczności obecnego chińskiego komunizmu, który działa znacznie inaczej, niż PRL bądź ZSRR.
  • Obalanie mitu, że demokracja nigdy nie walczy z inną demokracją.
  • Uwagę, że nawet największe tzw. „demokracje” (w tym Stany Zjednoczone) nie powstały w wyniku procesów demokratycznych.
  • Niepoprawny politycznie pogląd, że demokracja to najgorszy ustrój jeśli chodzi o prowadzenie wojny, bo przez własne poczucie przewagi aksjologicznej niszczy przeciwnika do końca i nie jest zainteresowana szukaniem równowagi w systemie międzynarodowym.
  • Uwagę, że termin „demokracja” jest w praktyce dość mglistym określeniem.

„Różnie może być” i demokracje wcale nie są naszym przeznaczeniem.

Opublikowano polityka | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Jürgen Graf – Mit Holokaustu, część piąta

XII. Cuda na taśmie produkcyjnej

W zachwalanej pod niebiosa przez media, zrealizowanej filmowo książce „Śmierć mistrzem z Niemiec” Leo Roth i Eberhard Jackel piszą (1): „Zabójstwo Żydów europejskich jest unikalne. Nigdy przedtem żadne państwo nie podejmowało takiej decyzji, aby obraną przez nie grupę ludności, wraz ze starcami, kobietami, niemowlętami, wyniszczyć całkowicie i bez reszty i wykonać tę decyzję przy pomocy władzy państwowej w ten sposób, że należących do tej grupy nie tylko zabija się wszędzie, gdzie tylko ich się złapie, ale jeszcze wiezie się ich na dużą odległość w jedynym celu: zabić w specjalnie po to utworzonych zakładach”.
Dajmy się przekonać, że NS rzeczywiście udało się schować wszystkie dowody tego bezprecedensowego masowego zabójstwa całego ludu i przejdźmy do kwestii zasadniczej: czy rzeczywiście wszyscy Żydzi, którzy trafili do rąk Niemców, zostali „łącznie z kobietami, starcami, niemowlętami, całkowicie i bez reszty wyniszczeni”? Odpowiedzieć na to pytanie jest nader prosto, trzeba do tego jedynie regularnie czytywać prasę, a czytając – trochę myśleć.
Zacznijmy naszą wyprawę na łamy prasy wolnego świata z artykułu w „Spiegel” (nr 51, 1992 r.), pod tytułem „I wtedy ja odszedłem w noc”. Mowa w nim o szeregu Żydów, „którzy przeszli przez nazistowski obóz śmierci i pozostali przy życiu”. Oto kilka przykładów:

– Ralf Giordano, w czasie wojny mieszkał na wolności, lecz pod obserwacją Gestapo;
– Leo Bajeck, przeżył wojnę w starym getcie w Theresienstadt;
– Inge Deutschkron, lata swojej młodości w Niemczech w czasie wojny opisała we wspomnieniach;
– Teodor Goldstein, co „został deportowany przez nazistów do obozu pracy Wuhlheide” i przeżył, itd.

Mowy o Żydach, zatrutych gazem, w artykule nie ma. W tym samym numerze „Spiegel” umieszcza wywiad z „ocalałym z holokaustu” prezesem Centralnej Rady Żydów w Niemczech Ignacem Bubisem, który, nawiasem mówiąc, jest następcą innego „ocalałego z holokaustu” Żyda, Szmula Galińskiego.
Zatrzymajmy się jeszcze przez chwilę na najbardziej „inteligentnym” czasopiśmie i weźmy numer z 4 września 1995 r. Na str. 152 umieszczono tam rozmowę z żydowskim historykiem Józefem Rowanem, o którym wiadomo, że za udział w ruchu Oporu został wywieziony do Dachau. W obozie tym on, rzecz jasna, przeżył, w przeciwnym razie „Der Spiegel” nie urządzałby z nim rozmów. Nie mniej jednak historycy takiej rangi jak Roth, Jackel i szereg innych (wyłącznie Żydzi) twierdzą, że naziści wymordowali Żydów „całkowicie, bez reszty”. Ponieważ Rowan był nie tylko Żydem, lecz również działaczem Oporu, to jemu śmierć powinna była grozić w podwójny sposób, ależ nie, on przeżył. No i, czyż to nie cud?
O innym cudzie powiadamia nas „Frankfurter allgemeine Zeitung” w numerze od 27 kwietnia 1995 r. Opowiada się tu o pewnym Żydzie, uczestniku ruchu Oporu, Arno Lustigerze, co to „przeżył i holokaust, i obóz zagłady”. W jakim „obozie zagłady” on przebywał, tego się nie mówi, ale on wyraźnie w nim przeżył, w przeciwnym razie nie mógłby w 1995 r. darzyć czytelników atakami na antysemityzm i pseudonaukowe dzieła rewizjonistyczne.
Cudem też wieje z informacji w „Nordwest Zeitung”, ukazującej się we Fieslandskim Oldenburgu: w numerze z 13 kwietnia 1994 r. o Israelu Gutmanie, wydawcy naczelnym „Encyklopedii Holokaustu”, mówi się co następuje: „Israel Gutman urodził się w r. 1923 w Warszawie, w r. 1943 wziął udział w powstaniu w getcie Warszawskim i później, do r. 1945, przebywał w obozach Majdanek, Oświęcim, Mauthausen i Hunskirchen”.
Dwa spośród zaliczonych przez Gutmana obozów są uznawane za „obozy zagłady”, i oto uczestnik powstania, Żyd przechodzi je cały. Możliwe są tu trzy wytłumaczenia:

1. Głupi naziści, pomimo wszelkich swoich starań, nie potrafili zabić Gutmana, wożąc go z jednego obozu do drugiego. Lecz wtedy pozostaje niejasnym, dlaczego nie przegrali oni wojny już w pierwszych dniach.
2. Mamy tu do czynienia z całym łańcuchem autentycznych cudów.
3. Niemcy w ogóle nie mieli zamiaru zabijać Gutmana, nie zważając na to że był Żydem i występował z bronią w ręku przeciwko armii niemieckiej. Oni aresztowali i wywieźli go ze względów bezpieczeństwa lub też dlatego, że mieli potrzebę w sile roboczej; być może, z obu powodów jednocześnie.

Które z tych trzech wytłumaczeń jest bliższe prawdy? Nam się wydaje że to trzecie. Ale rozpatrzmy jeszcze szereg przykładów.

Rodzina Franków

Tragiczny los tej rodziny na pierwszy rzut oka jak gdyby potwierdza wersję eksterminacji. Ale to tylko na pierwszy rzut oka. W sierpniu 1944 r. Otto Frank, jego żona Edit i córki Anna i Margot zostali wysłani z Amsterdamu do „obozu zagłady” Oświęcim, gdzie jednak zgładzeni nie byli. Otto Frank pozostał żywy. Żona zmarła w r. 1946 (2), córki zaś w obozie, lecz nie od gazu, bo nawet według oficjalnej wersji w tym okresie zagazowań już nie wykonywano (3). Zmarły one niedługo przed końcem wojny na tyfusu w Bergen-Belsen, dokąd ewakuowano ich z Oświęcimia.

Simone Weil

W Ośrodku Współczesnej Dokumentacji Żydowskiej, Simone Jacob, urodzona 13 lipca 1927 r. w Nicei, liczy się jako „zabita gazem”. Później pod imieniem Simone Weil została prezesem Parlamentu Europejskiego i ministrem zdrowia Francji. Jej matka i siostry również przeżyły Oswięcim i zmarły na tyfusa w Bergen-Belsen. Znów tragedia, ale żadnej polityki celowej eksterminacji, w przeciwnym bowiem razie wszystkie trzy zostałyby zabity albo jeszcze we Francji, albo w Oświęcimiu.

Primo Levi i Benedikt Kautski

Będąc Żydem i bojownikiem ruchu Oporu, Levi po swoim aresztowaniu nie został zabity przez Niemców, lecz wysłany do prac przymusowych w Oświęcimiu. O tym napisał on książkę „Czy to jest człowiek?”.
Austriacki Żyd i socjalista Kautski przeszedł w latach wojny Buchenwald, Oświęcim i potem jeszcze raz Buchenwald, lecz pozostał żywy. Jego 80-letnia matka zmarła w grudniu 1944 r. w Brzezince, do ostatniego dnia korzystając z opieki medycznej.

Elie Wiesel

Laureata pokojowej nagrody Nobla, zdaniem którego każdy Żyd powinien żywić „zdrową męską nienawiść wobec Niemców” (5), przeżył zarówno Oświęcim jak i Buchenwald.

Moglibyśmy przytoczyć jeszcze bardzo dużo imion znanych Żydów, którzy byli w „obozach zagłady” i pozostali żywi: „tropiciel nazistów” Simon Wiesenthal, ex-prezes knesetu D. Szylański, demokrata chrześcijański Eryk Blumenfeld, rabin Leo Bask, Józef Cyrankiewicz, Herszel Grünspan, sprawca zabójstwa niemieckiego dyplomaty, które stało się powodem dla „nocy kryształowej” (6). Z tego grona są również ci wszyscy, którzy „przeżyli holokaust” i napisali wspomnienia, w których na różne sposoby ogłaszają jedno i to samo: „Jam uszedł od wszystkiego, aby oznajmić wam to, co przydarzyło się innym!”.
Kiedy przedstawia się te fakty eksterminacjonistom, oni odpowiadają, że NS prowadzili mieszaną politykę eksterminacji. W „Encyklopedii holokaustu” czytamy (7): „Po przybyciu do Brzezinki więźniów zmuszano do jak najszybszego opuszczenia wagonów… Oficerowie SS dokonywali „selekcji”: większość kierowali do KG, pozostałych zaś – do prac przymusowych… Absolutną większość ofiar, mężczyzn i kobiet, natychmiast po przybyciu do Oświęcimia 2 kierowano do KG bez rejestracji”. Przeprowadzano „selekcję” również na Majdanku (8).
W „czysto likwidacyjnych” obozach wszystkich kierowano do KG, również tych zdolnych do pracy, nie zważając na to że Niemcy odczuwali skrajnią potrzebę w sile roboczej.
Nie mówiąc już o tym, że „selekcja” nie zgadza się z podstawowym założeniem holokaustu, mianowicie, że zabijano wszystkich, mija się ona również z faktami. Gdyby tak było, to w Oświęcimiu nie rejestrowano by starców, gdyż nie nadają się oni do pracy. Niezdolne do pracy były również dzieci. Powinno by było zabijać je natychmiast po urodzeniu. Ależ nie, polska położnicza Stanisława Leszczyńska opowiada (9): „W tych okropnych warunkach przyjęłam około 3 tys. dzieci. Mimo niesamowitego brudu, insektów, chorób zakaźnych i innych okropności działo się coś nadzwyczajnego, nie do wiary lecz autentyczne. Pewnego razu lekarz obozowy kazał mi sporządzić sprawozdanie odnośnie infekcji wśród położnic, jak również przypadków śmierci wśród matek i niemowląt. Odpowiedziałam mu, że ani wśród matek, ani wśród noworodków nie było ani jednego przypadku śmierci. Lekarz popatrzył na mnie z niedowierzaniem i oświadczył, że nawet najlepsze z klinik niemieckich nie mogą się poszczycić takimi wynikami”.
Sławna akuszerka niewątpliwie wspomniałaby, gdyby urodzone przez takie bohaterskie matki dzieci były natychmiast mordowane.

Według stwierdzenia S. Spielberga („Lista Schindlera”), 50 lat po ukończeniu wojny żyło jeszcze 300 tys. tych co „przeżyli holokaust”, spośród których ze 150 tys. zostaną przeprowadzone wywiady przed kamerą filmową do roku 1997 (10). W gazecie Żydów amerykańskich „Jewish Chronicle” z 28 lipca 1995 r. czytamy co następuje: „Liczba tych co przeżyli holokaust wynosi obecnie od 250 do 300 tys. Ary Tzev, który przeprowadza wywiady ze 150 tys. uważa, że powinno ich być 400 tys.”.
A więc pół stulecia od zakończenia drugiej wojny światowej żyje jeszcze od 250 do 400 tys. kiedyś dotkniętych deportacją Żydów. Iluż miało ich być w r. 1945? Walter Sanning w swoim sensacyjnym dziele pod tytułem „Likwidacja” pisze, że w okresie kiedy rzekomo dokonywano mordów masowych w całej strefie wpływów niemieckich mieszkało nie więcej niż 4 mln Żydów. Wiadomo na pewno, że bynajmniej nie wszyscy oni byli deportowani; absolutną większość Żydów francuskich, belgijskich i włoskich w ogóle nikt nigdy nie ruszał. Jak więc należy traktować następujące tezy:

– Niemcy chcieli wyplenić wszystkich Żydów;
– W dwóch spośród sześciu „obozów zagłady” zabijano nie wszystkich Żydów, lecz wybierano zdolnych do pracy;
– W czterech pozostałych „fabrykach śmierci” niszczono również tych co mogli pracować, chociaż, jak wynika z dokumentów, Niemcy gorączkowo poszukiwali żydowskiej siły roboczej;
– W wielu krajach nawet włos nie spadł z żydowskiej głowy, mimo tego że na przykład w tejże Belgii nie było żadnej przeszkody by aresztować wszystkich Żydów;
– Spośród co najwyżej 4 mln. Żydów zabitych zostało 5-6 mln., a nawet 11 mln. (Wiesenthal) (11);
– Pół wieku po unikalnym ludobójstwie, kiedy z 4 mln. było zgładzono 5-11 mln., 250-400 tys. Żydów, byłych więźniów obozowych, żyje nadal.

Przyjrzyjmy się kilku przykładom spośród tych 250-400 tys. cudów. Żydowski mistrz kawałów Efraim Kiton mówi właśnie tak (12): „Ach, byłem na drodze do obozu zagłady, lecz udało mi się uciec. To jest po prostu cud!”
Eliego Wiesela wraz z jego ojcem w tym samym dniu kiedy przybyli do obozu skierowano do płonących otchłani, gdzie, jak pamiętamy, palono żywcem i dorosłych i dzieci. Uniknęli oni śmierci w ogniu w taki oto sposób (13): „Naszej kolumnie pozostawało 15 kroków (do brzegu dołu). Gryzłem swoje wargi aby ojciec nie słyszał jak mi stukają zęby. Oto pozostało 10 kroków. Osiem. Siedem. Kroczyliśmy powoli, jak za katafalkiem na własnym pogrzebie. Oto już tylko cztery kroki. Trzy. One były tuż przed nami, doły ze swoimi płomieniami. Zebrałem wszystkie swoje siły aby wyskoczyć z szeregów i rzucić się na druty. Głęboko w swoim sercu pożegnałem się z moim ojcem, z całym wszechświatem i mimowolnie zabełkotałem: jitgadal wejtkadach szme rabach… Imię Jego niech będzie wywyższone, niech się święci…
Niemożliwe! Dwa kroki dzieliło nas od dołu, kiedy kazano nam iść do baraków”.
Po czymś takim zamiast żeby czekać, kiedy przyjdą radzieccy wyzwoliciele, obaj dobrowolnie dołączają się do wycofujących się oddziałów niemieckich, i tu Elemu i jego ojcu okazało się niezbędnym przeżyć jeszcze jeden cud (14): „Szept przeleciał przez nasze szeregi: Selekcja! Dokonywali jej oficerowie SS: osłabieni na lewo, ci, którzy mogą iść – na prawo. Mojego ojca wysłano na lewo. Rzuciłem się w ślad za nim. „Na miejsce!” – zawołał oficer SS za moimi plecami. Wymieszałem się z tłumem. Kilku esesmanów zaczęło mnie szukać i zrobili takie „tochuwabochu” (bałagan po żydowsku), że wielu ludzi przeszło na prawą stronę, w tym również my z ojcem”.
Również w Buchenwaldzie potrafił Eli nie jeden raz zażartować ze śmierci (15): „W Buchenwaldzie codziennie wysyłano na śmierć 10 tysięcy ludzi. Ja zawsze okazywałem się w ostatniej setce przed drzwiami. Później oni tego zaprzestali. Dlaczego?”
Właśnie, dlaczego? Tak bardzo chcielibyśmy się o tym dowiedzieć.
Druga żona Otto Franka uniknęła KG w ten sposób (16): „Każdy z więźniów musiał przedstawić się osobno, a esesmanki sprawdzały zgodność numerów, wytatuowanych na więźniach, z zapisanymi na liście… Przede mną w kolejce stała Loretta. Kiedy nadeszła jej kolej, ona powiedziała: „Pani Obersturmführer, my obydwie jesteśmy nie stąd. Wzięto nas z innego baraku przez pomyłkę!” Esesmanka spojrzała do listy. „Jaki pani ma numer?” – „A/6893”. „A mój to A/5271” – powiedziałam. „Naprawdę?” Koniec ołówka przeleciał wzdłuż listy, szukając naszych numerów… Drzwi ciężarówki zatrzasnęły się i kierowcy kazano jechać. A nas skierowano do innego baraku”.
Judit Trudi Birger uniknęła śmierci na własny sposób (17): „Tymczasem ja już na tyle blisko podeszłam do pieca że mogłam rozróżniać twarze polskich więźniów, którzy rzucali do ognia żywych ludzi. Chwytali oni kobiety jak popadło i upychali je do pieca głową do przodu… I kiedy ja ujrzałam, że następna kolej to już moja, to zdrętwiałam… I wtedy usłyszałam głos. Czy był to sen? …Stał tam komendant obozu, niewysoki człowiek lat około 45… Zawołał on: „Precz z tą dziewuchą!” Zamiast tego żeby spalić mnie jak inne kobiety, polscy zbrodniarze położyli mnie na nosze…”
Birger uniknęła nie tylko ognia, lecz również wody (18): „Nie wiem dlaczego, kucharz niemiecki podał komendę… Zawołał niespodziewanie: „Statek jest za ciężki! Do wody Żydów!”… Polscy i litewscy więźniowie rzucili się wykonywać jego rozkaz. W dramatycznym geście uniosłam ręce do góry i zawołałam z całej mocy: „Słuchaj, Izraelu!”… Nagle kucharz kazał wszystkim zatrzymać się.. Tak oto żadna z 30 kobiet nie została wrzucona do wody”.
Spory szereg cudów potrzebny był dla przeżycia członków Sonderkommando. Według „Encyklopedii holokaustu” nazwa „Sonderkommando” oznacza „…grupę więźniów Żydów, którzy pracowali w KG i krematoriach. Po kilku miesiącach jej członkowie byli likwidowani i zastępowani przez innych”.

Nasz stary znajomy Miklós Nyiszli był właśnie członkiem takiego „kommando”. Pisze on (20): „Członkom Sonderkommando nie wolno było opuszczać terenu krematorium, a po 4 miesiącach, jeśli widzieli oni za dużo, likwidowano ich”. Po swym przybyciu do Oświęcimia w maju 1944 r. Nyiszli, jak wynika z jego epokowego dzieła, widział dużo, lecz zlikwidowany nie został. Już w grudniu 1942 r. Szlama Dragon i Milton Buki przybyli do Oświęcimia i od razu zostali skierowani do Sonderkommando, ale również oni doczekali się wyzwolenia w 1945 r. W cudowny sposób uniknęli oni, jak z tego wynika, 6-ciu likwidacji. Ale jeszcze bardziej zadziwiające było ocalenie Filipa Müllera. Według jego klasycznego utworu „Potraktowanie specjalne”, mającego podtytuł „Trzy lata w krematoriach i KG Oświęcimia”, przeżył on 36:4=9 likwidacji!
Opatrzność nie poskąpiła swych łask i innym członkom Sonderkommandów: Szmulowi Feinzilbergowi (on że Stanisław Janowski, on że Kaskowski), D. Paisikowiczowi, Henrykowi Tauberowi, Abrahamowi Dragonowi, Józefowi Zakarowi, Jakubowi Gabaiemu, Szaulowi Chazanowi, Elezerowi Eisenschmidtowi, Leonowi Kohenowowi i innym (21).
Lecz jeśli mimo wszystko zdarzało się, że któryś z członków Sonderkommando umierał, to przed skonaniem zawsze znajdował on wystarczająco wolnego czasu, aby napisać list do świata zewnętrznego, zapieczętować go w butelce i butelkę zakopać, żeby po latach została ona przez przypadek znaleziona. Tak się stało z nieznanym autorem żydowskim, który wstrząsnął nami takim swoim świadectwem (22): „Jakaś młoda Polka weszła do KG i wygłosiła wobec nagich obecnych krótkie, ale ogniste przemówienie, w którym napiętnowała nazistowskich zbrodniarzy i kończyła takimi słowy: „My nie pomrzemy teraz, historia naszego narodu nas uwieczni, nasza wola i nasz duch będą żyć i kwitnąć, a naród niemiecki zapłaci za naszą krew tyle, ile tylko potrafimy sobie wyobrazić…” Po czym Polacy opuścili się na kolana i uroczyście odmówili modlitwę… Ze wzruszającą serdecznością wyrazili oni w ten sposób swoje uczucia i nadzieje, jak również wiarę w przyszłość swojego ludu. Później oni razem zaśpiewali „Międzynarodówkę”. W czasie śpiewu podjechał samochód Czerwonego Krzyża, do komory został wpuszczony gaz i wszyscy wyzionęli ducha w śpiewie i ekstazie, marząc o braterstwie i doskonaleniu świata… Stała tam również malutka dziewczynka w wieku około lat pięciu i trzymała za rękę swego jednorocznego braciszka. Jeden z kommando podszedł, aby braciszka rozebrać. Dziewczynka głośno zawołała: „Precz, zabójco Żydów! Nie dotykaj swymi zbroczonymi żydowską krwią rękoma mego wspaniałego braciszka! Jestem teraz jego dobrą mamusią i umrze on na moich rękach… Hauptsturmführer Müll ustawił wszystkich po cztery i rząd po rzędzie zaczął przestrzeliwać ich z broni (tj. jednym strzałem czterech – J.G.)”.

Co powiedzą przyszłe pokolenia o czasach, kiedy ludzie powszechnie wierzyli w to? Nie tylko członkowie Snderkommandów, lecz również członkowie kommandów które kopały „doły śmierci”, gdyby chcieli przeżyć w Oświęcimiu, musieli przejść serię cudów, jak to też stało się, na przykład, z Żydem z Grecji Maurycjuszem Benrubi (23): „Dziesięć dołów były gotowe przyjąć męczenników. Obok tych otwartych dołów było jeszcze kilka, zasypanych ziemią; ciągnęły się one w terenie metrów na 300. Było widać, że zasypano je zupełnie niedawno. Gleba dookoła była zakropiona jasnym stężałym tłuszczem wymieszanym z krwią. Po otrzymaniu rozkazu kapo podzielił nas na dwie grupy. Niektórzy z naszych towarzyszy chwycili za łopaty i łomy i skoczyli do dołu. Ja wraz z innymi kolegami dołączyłem do Sonderkommando aby przewozić trupy. Członkowie Sonderkommando powitali nas gradem kamieni i poddali nas wszelkim możliwym poniżeniom. Śmiali się oni i bawili, jak zbrodniarze, chcąc przez to przypodobać się swoim wspólnikom esesmanom. Krótko mówiąc, był to obraz systemu nazistowskiego w miniaturze. W moim kommando tłukli nas wszyscy: kapo, esesmani, Sonderkommando, a później rzucili nas na stos trupów, śmiejąc się z naszego strachu. Esesmani strzelali do nas i każdego dnia musieliśmy ciągać naszych zabitych towarzyszy do obozu, żeby zostali oni policzeni w czasie wieczornego apelu”.
Wyobraźmy sobie: od czerwca 1942 r. do stycznia 1945 r. esesmani ciągle strzelali do kopaczy dołów, a ci musieli codziennie nosić trupy zabitych towarzyszy do obozu i mimo to Benrubi przez 2,5 lata pozostawał w takim kommando przy życiu!
Jeszcze większych cudów niż te co zdarzały się w Oświęcimiu potrzebował Rudolf Reder (24) aby przeżyć w Bełżcu, ponieważ spośród 600 tys. więzionych tam Żydów ani jeden, według Kogona-Langbeina-Rückerla, nie opuścił żywy straszliwego obozu.
Izraelski badacz Yitzhak Arad powiadamia nas na s. 266 swojej książki (25) poświęconej „fabryce śmierci” jeszcze o 5 tych co przeżyli w Bełżcu. Reder, jak z tego wynika, był jednym z pięciu. Mimo iż miał lat 60, skierowano go do grupy Żydów robotników. Kilka miesięcy spędził on wśród „potworów bez serca, którzy z sadystycznym zadowoleniem popełniali niesłychane zbrodnie”, i przeżył nie mniej jak 80 akcji likwidacji, od czego muszą zzielenieć z zazdrości Filip Müller i Szymon Wiesenthal. Pewnego razu „potwory bez serca” wysłali Redera z esesmanem po zakupy. W drodze esesman zasnął i Reder uciekł (26).
O pseudo cudzie informuje nas montrealska „Le gazette” z 5 sierpnia 1993: „Jako jedenastoletni młodzieniec Mosze Peer nie mniej niż 6 razy był w KG obozu koncentracyjnego w Bergen-Belsen. I za każdym razem pozostawał żywy, obserwując cały koszmar umierania mężczyzn, kobiet i dzieci, wysłanych wraz z nim do KG. Po dziś dzień Peer nie wie, jak on potrafił przeżyć zagazowania i nie umrzeć”.
My też tego nie wiemy. Ale nie tylko maleńki Mosze okazał się odporny na trujące działanie kwasu pruskiego. Gazeta opowiada dalej: „Peer i jego siostra oraz bracia – wszyscy pozostali żywi, i opiekowały się nimi dwie kobiety z obozu. A po wojnie Peer spotkał się ze swoim ojcem i z jego żoną”.
Zamknijmy przegląd tej zadziwiającej serii cudów oświadczeniem, które umieścił bazylejski „Żydowski Przegląd Macoby” w numerze z 11 listopada 1993 r., gdzie czytamy: „Każdy człowiek Żyd, który pochodzi od naszej parszy (Parscha), może żyć w świadomości, że naród żydowski nie podlega prawom natury”.

Przypisy

1) Leo Roth, Eberhard Jackel, „Der Tod ist ein Meister aus Deutschland”, Hoffmann und Campe, 1991, s. 11.
2) „Enzyklop“die des Holokausts”, s. 473.
3) Ostatnie zagazowanie w Oświęcimiu, jak twierdzi „Kalendarium”, s. 921, „prawdopodobnie” miało miejsce 1 listopada 1944 r.
4) Serge Thion, s. 328.
5) Elie Wiesel, „Legends of our time”, New York 1968, s. 177.
6) Ingrid Weckert, „Feuerzeichen”, s. 252-253.
7) „Enzyklop“die des Holokausts”, s. 111.
8) Kogon, Langbein, Rückerl, s. 241.
9) Comité international d’Auschwitz, Anthologie, Tome II, 2eme partie, s. 164-165.
10) „Tageszeitung”, Berlin, 30 marca 1995.
11) Simon Wiesenthal według „De Post”, Belgia, 9 maja 1982.
12) Dane szczegółowe odnośnie liczby ofiar wygnania p. uwagi do: Heinz Nawratil, „Die deutschen Nachkriegsverluste”, Herbig, 1988.
13) Elie Wiesel, „La Nuit”, s. 59-60.
14) Tamże, s. 151.
15) „Time”, 18 marca 1988, s. 79.
16) Eva Schloss, „Evas Geschichte”, Wilhelm Heyne Verlag, 1991, s. 112-113.
17) Trudi Birger, „Im Angesicht des Feuers”, Piper, 1990, s. 126-127.
18) Tamże, s. 149-150.
19) „Enzyklop“die des Holocaust”, s. 1337.
20) Miklós Nyiszli, „Im Jenseits der Menschlichkeit”, Dietz, 1994, s. 24.
21) Por. naszą książkę „Auschwitz. Tätergeständnisse…”, jak również Gideon Greif, „Wir weinten tränenlos”.
22) Zeszyty Oświęcimskie. Zeszyt specjalny nr I, „Pisma odręczne członków Sonderkommandos”, Wydawnictwo Państwowego Muzeum w Oświęcimiu, 1972, s. 115 nn.
23) Cytuje się według: Pressac, „Auschwitz. Techmique…”, s. 162.
24) Kogon, Langbein, Rückerl, s. 183.
25) Yitzhak Arad. „Belzec, Sobibor, Treblinka. The Operation Reinhard Death Camps”, University Press, Bloomington 1987.
26) Treść opublikowanej w r. 1946 w Krakowie książki Redera „Bełżec” została wyłożona przez C. Mattogno w książce „Il rapporto Gerstein”. W zaplanowanym na r. 1997 dużym dziele o Bełżcu Mattogno opublikuje całość tekstu książki Redera w tłumaczeniu włoskim.

XIII. Liczba 6 milionów

A. Skąd powstała ta mityczna liczba?

Obok KG stała się też mitem liczba 6 mln. Zobaczmy więc skąd się wzięła. Po raz pierwszy wyłania się ona w zeznaniach dwóch NS średniej rangi – Dietera Wisliceny’ego i Wilhelma Hoettla. Wisliceny był szefem Gestapo w Bratysławie, zeznania swoje składał wobec czeskich komunistów, którzy poddali jego straszliwym torturom (1). Wartość takich zeznań jest oczywiście żadna. Wisliceny mógłby nazwać i 60 mln, byle tylko przerwać torturę.
Hoettl był współpracownikiem Adolfa Eichmanna w Głównym Urzędzie Bezpieczeństwa. O 6 mln. słyszał on ponoć od Eichmanna (2). Po tym jak jego szef zniknął, Hoettl postanowił wybrnąć z trudności, obciążając Niemcy winą, jakiej zażądali od niego alianci. Za współpracę został wynagrodzony: z jego głowy nie spadł ani włos. Eichmanna zaś w 1960 r. wywieziono z Argentyny do Izraela, gdzie na pokazowym procesie światowa biurokracja sądowa zrobiła z niego monstrum i w 1962 r. zabiła (3).
Wróćmy jednak do roku 1942. Tu napotykamy na zadziwiający fakt, że aktywista syjonistyczny Nahum Goldmann, ten sam co później został prezesem Kongresu Żydowskiego, już w maju 1942 r. na przyjęciu w hotelu Baltimore w Nowym Yorku oświadczył, że z 8 mln. Żydów, którzy znajdowali się w niemieckiej strefie wpływów, pozostało przy życiu 2 lub 3 mln (4). Wówczas „Holokaust” dopiero się rozpoczynał. Skąd znana była Goldmannowi przyszła liczba?
Lecz nasze zdziwienie nie będzie miało granic, jeśli zajrzymy do gazety „Żydzi Amerykańscy”, gdzie o „Holokauście” mówi się w numerze z 31 października 1919 r. (!): o wyniszczeniu „sześciu milionów żydowskich mężczyzn, kobiet i dzieci”. Gdzie i w jaki sposób odbywał się tamten „holokaust”, z idiotycznej paplaniny w gazecie zrozumieć się nie da, lecz liczba 6 mln. nazwana jest siedmiokrotnie.
A oto gdzie znajduje się odpowiedź, dlaczego koniecznie jest potrzebna właśnie ta liczba: została ona wzięta ze starożytności, jest to święta liczba, zapożyczona przez zdemenciałych polityków z Talmudu.

B. Wolfgang Benz i Walter Sanning

Zastanówmy się nad tym, jaką olbrzymią rolę odgrywa liczba 6 mln. już przez dziesiątki lat w propagandzie. Jak dotąd miała miejsce tylko jedna próba udowodnienia fałszywości tej liczby. W roku 1991 zespół autorski pod kierownictwem zawodowego anty-antysemity W. Benza (stoi na czele Berlińskiego Instytutu Badań nad Antysemityzmem) wydał gruby foliant pod tytułem „Wymiary ludobójstwa”, gdzie mówi się, że w trzeciej rzeszy zostało zgładzonych od 5,29 do 6,01 mln. Żydów (5). Natomiast osiem lat wcześniej Amerykanin W. Sanning w książce „Rozwiązanie” (6) wnioskuje, że w strefie wpływów niemieckich zginęło kilkaset tysięcy Żydów.
Obydwie książki zostały przeanalizowane przez Germara Rudolfa w jego pracy (7), która jest ogólnie dostępna. My ograniczymy się tylko do krótkich cytatów z niej.
Aby uzyskać liczbę 6 mln. Benz i jego drużyna uciekają się do różnego rodzaju manipulacji, na przykład do „podwójnych rachunków”, korzystając z tego że terytoria w czasie drugiej wojny światowej przechodziły z rąk do rąk. Rudolf ujawnił 533 193 takich podwójnych obliczeń. Następnie na konto Niemców całkiem spokojnie zapisuje się stalinowskie „czystki” i deportacje. W Polsce Benz liczy jako zabitego każdego Żyda, który nie wrócił tam po ukończeniu wojny. Wychodzi na to, jakby książka Leona Iry „Exodus” w ogóle nie została napisana.

W odróżnieniu od Benza, Sanning przeprowadza obliczenia z należytą uwagą. W swojej książce, opartej wyłącznie na żydowskich i alianckich źródłach, wykazuje on że po roku 1945 1,5 mln. Żydów wyjechało z Europy do Palestyny, Stanów Zjednoczonych, Ameryki Południowej i Australii. Lecz te 1,5 mln. jeszcze nie rozwiązują problemu. Drugą połowę rozwiązania należy szukać w ZSRR. Według danych spisu ludności, w r. 1939 w Związek Radziecki zamieszkiwało 3,02 mln. żydów. Według danych spisu z r. 1959 było ich tam 2,267 mln. Lecz wszyscy syjoniści są zgodni co do opinii, że liczba ta jest mocno zaniżona. Po pierwsze, każdy obywatel radziecki może wymienić swoją narodowość według własnego uznania i większość, jeśli nie w ogóle wszyscy, zasymilowani Żydzi nazywają tam siebie „Rosjanami”. Po drugie, reżim sowiecki był zainteresowany tym, żeby podprowadzić pod historię „holokaustu” niezbędne podstawy, dlatego po wojnie zaczął świadomie zaniżać liczbę mieszkających w kraju Żydów. 1 lipca 1990 r., czyli sporo lat po rozpoczęciu masowej emigracji Żydów radzieckich na Zachód, „New York Post” powołując się na ekspertów izraelskich pisała o mieszkających w ZSRR 5 mln. Żydów. Wątpliwie, żeby przyrost naturalny tej grupy ludności, biorąc pod uwagę rosnącą tendencję do asymilacji i mały współczynnik narodzin, mógł być tak wielki. Wynika z tego bowiem, że przed rozpoczęciem emigracji musiało tam mieszkać 6 mln. Żydów, czyli 2,5 razy więcej niż w r. 1959.
Cóż było w rzeczywistości? Rok 1939. Po podziale Polski potężna lawina przesiedleńców żydowskich rzuciła się na wschód. Po rozpoczęciu zaś wojny niemiecko-radzieckiej większość Żydów – według Sanninga 80% – zostało ewakuowanych, i Niemcy na oczy ich nie widzieli. W grudniu 1942 r. David Bergelson, sekretarz Żydowskiego Komitetu Antyfaszystowskiego, oświadczył w Moskwie (8): „Dzięki ewakuacji uratowana została absolutna większość Żydów, mieszkających na Ukrainie, Białorusi, Litwie i Łotwie. Według doniesień, nadchodzących z Witebska, Rygi i innych zagarniętych przez faszystów miast, pozostawały tam tylko pojedynczy Żydzi”.
W ten sposób większa część żydostwa polskiego i bałtyckiego została absorbowana w ZSRR. Lecz nie zważając na to komisja brytyjsko-amerykańska w lutym 1946 r., kiedy już setki tysięcy Żydów polskich wyjechało na Zachód oznajmiła, że mieszka tam jeszcze 800 tys. Żydów (9).
I jak wobec tego należy patrzeć na mit o zagładzie Żydów w KG?

C. Badania K. Nordlinga

Szwedzki profesor Karl Nordling podjął się trudu zbadania losu 722 wymienionych w „Encyclopaedia Iudaica” Żydów, którzy w czasie drugiej wojny światowej mieszkali w strefie wpływów niemieckich (10). Ustalił on, że 44% z nich wyemigrowali przed rokiem 1942, 13% zmarło, 35% nie zostało dotkniętych deportacjami, pozostali zaś byli wywiezieni i internowani, lecz pozostali przy życiu.
Jeśli wychodzić z założenia 4,5 mln. Żydów, mieszkających w obszarze opanowanym przez Niemców, wtedy 13% ich liczby stanowi około 600 tys.; Sanning naliczył równo pół miliona; rewizjonista angielski Stephen Challen – 750 tys. (11). W ten sposób z oddzielnych kamyków mozaiki układa się obraz tego, co miało miejsce w rzeczywistości.
Niewątpliwie, strata 13% populacji stanowiła olbrzymią tragedię dla Żydów europejskich. Lecz inne narody poniosły straty takie same lub nawet większe.

Przypisy

1) Richard Harwood, „Did six million really die?”, Historical Review press, 1974, s. 13.
2) Dokument Norymberski IMT XI, s. 255 nn, 285 nn, jak również IMT XXXI, s. 85 nn.
3) O procesie Eichmanna czytaj: Paul Rassinier, „Was ist Wahrheit?”, Druffel, Leoni, 1980.
4) Martin Gilbert, s. 398.
5) Wolfgang Benz, „Dimension des Völkermords”, R. Oldenburg, 1991.
6) Wolfgang Sanning, „Die Auflösung”, Grabert, 1983.
7) Germar Rudolf, w: Gauss, „Grundlagen…”.
8) Sanning, s. 114.
9) „Keesings Archiv der Gegenwart”, 16./17. Jahrgang, Rheinisch-Westfalisches Verlagskontor, Essen 1948, s. 651, raport z 15. lutego 1946.
10) R.H.R., nr 2, 1990, s. 50 nn.
11) Stephen Ghallen, „Richard Kornerr and his reports”, Cromwell Press, 1993.

XIV. Słoń, którego przeoczono

W wielu książkach mówi się o tym że alianci, Watykan i Czerwony Krzyż musieli wiedzieć o losie Żydów (1). Bez końca rozprawia się w nich na temat tego, czemu nikt nie przyszedł Żydom z pomocą. Niemożliwie bowiem wyobrazić sobie, aby w Waszyngtonie, Londynie, Moskwie, Watykanie, Genewie nie wiedziano o tym co się działo w Oświęcimiu i innych „obozach zagłady”. Amerykański autor David Wyman, rozpatrując to zagadnienie, otwarcie stawia zarzut, że zagłady Żydów dokonano za milczącą zgodą wszystkich. Swoją książkę nazwał on właśnie w ten sposób: „Niepożądany naród” (2).
Doniesienia o niszczeniu Żydów pojawiały się w prasie poczynając od roku 1942 (3). Jednak mrożącym krew w żyłach opowiadaniom o komorach parowych, gazowych, wagonach z wapnem, o zabijaniu prądem pod ziemią itp. nikt nie wierzył – ani rządy alianckie, ani Watykan, ani Międzynarodowy Komitet Czerwonego Krzyża. Jeszcze w sierpniu 1943 r., kiedy istniała już oficjalna wersja o zatruciu gazem od 2 do 3 mln. Żydów, amerykański minister spraw zewnętrznych Cordell Hell w szkicu telegramy do ambasadora amerykańskiego w Moskwie wykreślił wszystkie wzmianki o KG jako niepotwierdzone (4).
Marcin Gilbert w swym grubym, bogato udokumentowanym dziele „Oświęcim a alianci” pisze (5): „Nazwy i lokalizacja czterech obozów zagłady – Chełmna, Treblinki, Sobiboru i Bełżca – znane były w krajach alianckich od roku 1942. Natomiast o KG w Oświęcimiu nie było mowy do 1944 r.”.
Usytuowany zaś był Oświęcim w środku strefy przemysłowej. Więźniowie byli w ciągłym kontakcie z robotnikami najemnymi, którzy z kolei regularnie odwiedzali swoje rodziny (6). Następnie, więźniów często przewożono linią kolejową z Oświęcimia do innych obozów (przypomnijmy sobie rodzinę Franków). Jak wykazaliśmy już wcześniej, istniała ogromna rzesza zwolnionych z obozów; szczególnie sporo było takich na początku lata 1944 r., kiedy, jak się twierdzi, ludobójstwo osiągnęło swój straszliwy szczyt. Wszyscy oni, te dziesiątki tysięcy wolnych pracowników zarobkowych, więźniów przeniesionych, zwolnionych musieli lub przynajmniej mogli być świadkami ludobójstwa, którego nie widział świat.

Główne miejsce, w którym rzekomo miała się odbywać zagłada, czyli krematorium nr 2 w Brzezince, według danych zdjęć z ziemi i powietrza oraz szkiców Johna Balla było ogrodzone niewysokim płotem, tak że z każdego miejsca w obozie można by było codziennie patrzeć na wykonywane tam egzekucje. Bezpośrednio do krematorium nr 3, drugiego co do wielkości miejsca „mordów masowych”, przylegało boisko, na którym więźniowie regularnie grali w piłkę (7).
Gdyby masowe zagazowania rzeczywiście miały miejsce, wtedy wiadomość o tym w ciągu tygodni rozleciałaby się po krajach koalicji, nad Niemcami zostałyby rozrzucone miliony ulotek, ujawniających przed narodem niemieckim zbrodnie, popełniane przez jego rząd. Ale tak się nie stało.
Od końca 1943 r. Oświęcim cały czas fotografowano z powietrza. Gdyby na zdjęciach znalazło się cokolwiek, co by mogło wskazywać na mordy masowe, bombowce angielsko-amerykańskie bez problemu zniszczyłyby kolej, łączącą Oświęcim z Węgrami. Ale one tego nie zrobiły. Dlaczego? Otóż właśnie dlatego, że na zdjęciach nie było nic, co by mogło wskazywać na mordy masowe!
Zwolennicy teorii eksterminacji, tacy jak Faven i Wyman, Gilbert i Laquer, doszli do wniosków:
– długo ukrywać masowe zbrodnie w Oświęcimiu było niemożliwie;
– alianci, Watykan i Czerwony Krzyż nie ujawnili prawdy o masowych mordach w Oświęcimiu i nie ruszyli palcem, aby uratować Żydów przed KG.

Jedyny logiczny wniosek z tych krzyczących faktów wyprowadził rewizjonista amerykański Artur Butz (8): „W mojej piwnicy nie widzę żadnego słonia. Gdyby w mojej piwnicy był słoń, to bym go widział na pewno. A więc, w mojej piwnicy nie ma słonia”.

Przypisy

1) Trzy najważniejsze książki z tego tematu to: Martin Gilbert, „Auschwitz und die Alliierten” (C.H.Beck, 1982); Walter Laqueur, „Was niemand wissen wollte” (Ullstein, 1982); oraz Jean-Claude Favez, „Das IKRK und das Dritte Reich” (Verlag NZZ, 1989).
2) David Wyman, „The Abandonment of the Jews. America and the Holocaust, 1941-1945”, New York 1984.
3) W swojej książce „The Hoax of the Twentieth Century” A. Butz cytuje sporo takich doniesień z „New York Times”.
4) Laquer, s. 237.
5) Gilbert, s. 44.
6) Pressac, „Die Krematorien…”, s. 70-71.
7) „Zeszyty Oświęcimskie”, Wydawnictwo Państwowego Muzeum w Oświęcimiu, nr 15 (1975).
8) Arthur Butz, „Context and Perspectives in the Holocaust Controversy”, I.H.R., zima 1982.

XV. Tunika Nessosa

Pewien mit grecki opowiada o centaurze Nessosie, który, umierając od strzały Heraklesa, poradził jego żonie Dejanirze zebrać krew z jego rany, nasycić nią tunikę Heraklesa i, jeśli tamten popełni zdradę, włożyć ją na niego. Dejanira tak właśnie zrobiła. Tunika najpierw spodobała się bohaterowi, lecz potem zaczęła go palić, zadając nieprawdopodobne katusze. Jednak zdjąć ją było niemożliwe, gdyż przykleiła się do ciała i w ten sposób Herakles zginął w cierpieniach.
Ten mit należałoby wziąć pod rozwagę co mądrzejszym przywódcom żydostwa. „Komory gazowe” – to właśnie tego rodzaju tunika Nessosa, którą syjoniści wymyślili pół wieku temu. Na początku, w postaci komór parowych, pałających dołów i innych wynalazków wściekłej propagandy, służyła ona jako narzędzie zemsty potężnemu wrogowi – „faraonowi” w Berlinie, który odważył się pozbawić naród żydowski praw, przymusowo przewozić i zmuszać do pracy. A później syjoniści spostrzegli, że kłamliwa propaganda może stać się niezłym geszeftem.
Niemcy zmuszono do płacenia odszkodowań, z których zaczęto budować Izrael i utrzymywać organizacje syjonistyczne. Ponadto mit ten pomaga wywierać nieprawdopodobną presję psychiczną na Niemców. Następnie: do 1945 r. wolno było wypowiadać się krytycznie na temat Żydów, po 1945 r. już nie. Nawet najdelikatniejsza próba podważenia metod działania syjonistów jest natychmiast potępiana przez zgraję mediów jako antysemityzm. Każdy kto wypowie chociażby słówko przeciwko Żydom ryzykuje ściągnięciem na siebie pogardy społeczeństwa i utratą pracy, w niektórych zaś krajach – karą grzywny lub pozbawienia wolności.

Tego rodzaju nieuczciwa gra mogłaby trwać w nieskończoność, gdyby nie ci przeklęci rewizjoniści! Jak po 1945 r. KG pozwoliły syjonistom wejść na niewyobrażalne wyżyny, tak samo już w najbliższej przyszłości będą oni musieli z owych szczytów się stoczyć, ze wszystkimi wypływającymi z tego konsekwencjami. Zadziwiający, dotychczas niezawodny oręż zaczyna ze straszną siłą obracać się przeciwko syjonistom. Z ich winy nie tylko w Niemczech, lecz po całym świecie Żydzi – ta ich większość, co nie ponoszą osobistej winy za stworzenie kłamstwa holokaustu – poczują na sobie chłód wzgardy. Wtedy zechcą oni zrzucić z siebie „tunikę Nessosa”, lecz nie będą już mogli.
Do drugiej połowy lat 70-ch oficjalna wersja holokaustu stała niewzruszenie. Co prawda, już wtedy znajdowali się odważni ludzie, demaskujący kłamstwo. Obok Paula Rassiniera, pionera ruchu rewizjonistycznego, występował cały szereg autorów: Maurice Bardèche – który początkowo wierzył w KG i podważał jedynie liczbę ofiar; Emil Aretz, Erwin Schoenborn, Thies Christophersen, Heinz Roth, Franz Scheidl, Wolf Dieter Rothe, Richard Harwood i niektórzy inni. Jednak ich argumentacji brakowało solidnej podstawy naukowej, żeby przebić poważny wyłom w murze kłamstwa. Pierwsi rewizjoniści nie wykryli najsłabszego punktu w całej historii „holokaustu” – mianowicie jego kompletnej absurdalności technicznej.
„Holokaust”, na skutek swej historycznej i technicznej niedorzeczności, od samego początku zawiera w sobie samym własne zaprzeczenie. Zdecydowanego posunięcia w badaniach rewizjonistycznych dokonał Arthur Butz w r. 1976 publikując książkę „The Hoax of the Twentieth Century” (Szachrajstwo XX wieku). Na początku 1979 r. Wilhelm Stäglich opublikował „Mit Oswięcimia”, gdzie ujawnił chwiejność utworzonego o nim obrazu. Niedługo przedtem Robert Faurisson otwarcie wystąpił w artykule, w którym wykazał techniczną niemożliwość istnienia KG. Razem ze Szwedem Ditliebem Feldererem – wówczas jeszcze nie znanym nikomu – Faurisson przeprowadził naukowo-empiryczne badania w „obozach zagłady” i opublikował ich wyniki.
Butz, Stäglich i Faurisson rozpoczęli odliczanie czasu, który pozostał do momentu śmierci mitu. Wtedy, 30 lat od zakończenia wojny, syjoniści i ich pachołkowie w polityce i ŚMP dostali rozkaz: ani kroku wstecz! KG już zbyt zdecydowanie stały się symbolem wyjątkowości żydowskich cierpień, symbolem, z którego nie chciano rezygnować, aby nie wstrząsnąć fundamentów, na których został wybudowany powojenny porządek światowy.
Zyski z wielkiego kłamstwa ciągle się powiększały. Dla nich propagandę „holokaustu” w posłusznych mass-mediach rozkręcano do wymiarów schizofrenii. Po dziś dzień sprawa ma się w ten sposób, że im dalej w przeszłość odchodzi ostatnia światowa wojna, tym bardziej gorączkowym staje się szczucie, w coraz większej liczbie krajów wkłada się totalitarne kagańce i stosuje się zakazy myślenia. Przez jakiś jeszcze, ale już bardzo krótki czas, będzie się udawało upiec kolejnego rewizjonistę za kratki, ale zburzenie monopolu na informację przyśpiesza koniec największego kłamstwa w dziejach świata.

Dziś syjoniści bardzo by chcieli, żeby zamiast 6 mln. zagazowanych mówiono o 3 mln. zmarłych z powodu tyfusu i niedożywienia. Lecz jest już za późno. Komory gazowe stoją nie tylko w podręcznikach historii, lecz również, jako „niezbite dowody”, w aktach sądowych. Gdyby dało się udowodnić, że Niemcy zatruli gazem chociażby tylko kilka tysięcy, wtedy nadchodzącą katastrofę jeszcze dałoby się zatrzymać. Jednak nie można udowodnić ani jednego zagazowania i KG to nie powstała w powojennym klimacie przesada, lecz kłamstwo od samego początku.
W holenderskiej gazecie „Intermediair” z 15 grudnia 1995 r. ukazał się długi artykuł Żyda Michela Korzeca, w którym ten zmniejsza liczbę zagazowanych do 700-800 tysięcy. Pozostali (5 mln.), jak twierdzi Korzec, zostali „rozstrzelani, zatłuczeni na śmierć, powieszeni”. Czy nie jest ten artykuł pewną sondą, wypuszczoną by sprawdzić reakcję społeczności na nową wersję „holokaustu”? Jeśli tak, to nie trzeba będzie czekać na nią długo. Ciekawie byłoby wiedzieć, jak zamierzają ideolodzy „holokaustu” rozdzielić te 700 tysięcy po 6 „obozach zagłady”, jak wytłumaczą nam swoją rezygnację z „oczywistości”?
Może się stać, że również „wolna demokracja” nie o wiele dłużej przetrwa koniec holokaustu, ponieważ nawet poza granicami Niemiec politykom, działaczom ŚMP, zawodowym oszustom nikt już nie uwierzy, ani jednemu ich słowu. Utrata zaufania będzie wprost śmiertelna w czasie powszechnego kryzysu w gospodarce i społeczeństwie, przeciwko któremu rządząca elita nie zna ani jednego środku zaradczego.
Wróg wolności ludów nosi tunikę Nessosa i nie może jej zdjąć, a pali go ona z każdym dniem coraz goręcej.

Zakończenie

Co by się stało, gdyby dowody rewizjonistów zostały przyjęte?
Wyobraźmy sobie, że pewnego dnia oficjalna wersja „holokaustu” równie oficjalnie zostanie uznana za fałszywą, będzie uznano, że w Trzeciej Rzesze miało miejsce prześladowanie Żydów, natomiast eksterminacji nie było, że KG, „gazowe samochody”, jak również oderżnięte przez żołnierzy niemieckich jeszcze w czasie pierwszej wojny światowej rączki dziecięce, mydło i kosze do lamp z tłuszczu i skóry Żydów – wszystko to jest propagandowym majakiem gorączkowym, że w strefie niemieckich wpływów zginęło nie 6 mln, a około 500 tysięcy Żydów, przy tym w absolutnej większości z powodu epidemii tyfusu plamistego oraz ciężkich warunków życiowych w obozach i gettach, uwarunkowanych sytuacją wojny. Jakie skutki miałoby uznanie tego wszystkiego? Nie trzeba za dużo fantazji by odpowiedzieć na to pytanie:

– w świecie podniosłaby się fala negatywnego stosunku do Żydów, w tym również do tych co wcale nie ponoszą odpowiedzialności za tę fabrykę kłamstwa;
– Izrael znalazłby się w całkowitej izolacji. Wątpliwe żeby nie-Żydzi w dalszym ciągu utrzymywaliby państwo, zbudowane na kombinacji takiej skali;
– Niemcami wstrząsnęłaby fala nastrojów nacjonalistycznych. Politycy, intelektualiści, historycy, dziennikarze musieliby uznać, że przyczynili się do pohańbienia swojego narodu;
– należałoby na nowo rozpocząć dyskusję na temat nacjonalizmu;
– nacjonalizm (nie mylić z imperializmem), jako środek zachowania interesów narodowych i narodowej tożsamości, stałby się znowu legalny;
– nie tylko w Niemczech, lecz również w innych krajach europejskich sprawujące władzę elity zostałyby kompletnie zdyskredytowane. Ludzie zaczęliby zadawać pytanie: w imię czyich właściwie interesów przez pół stulecia środkami cenzury i zastraszania podtrzymywano to niesłychane oszustwo? Zaufanie do władz upadłoby bezpowrotnie.
Widzimy w ten sposób, że zdemaskowanie kłamstwa „holokaustu” miałoby katastrofalne skutki nie tylko dla syjonizmu, lecz również dla politycznej i intelektualnej kasty rządzących całego świata. Dokonałoby się przewartościowanie wszystkich wartości. Dzisiejszy stan rzeczy odszedłby w niepamięć. Karty zostałyby przetasowane.

Tak mogłoby się stać. I tak się stanie.


Zobacz Także:
Rewizjonizm Holocaustu – inne artykuły na ten sam temat z naszego bloga.

Opublikowano Rewizjonizm Holocaustu | Otagowano , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Jürgen Graf – Mit Holokaustu, część czwarta

IX. Świadkowie «komór gazowych» Oświęcimia (część 2)

A. Jak są koordynowane relacje świadków

Jak słusznie twierdzi historyk Ernst Nolte, jest rzeczą niemożliwą, aby cały szereg osób, które między sobą nie mają żadnego kontaktu, nie zastanawiając się opowiadały mniej lub bardziej jednakowe historie. Ale Nolte uważa, że opowiadania o KG jakieś tam ziarno prawdy mimo wszystko muszą zawierać, nawet jeśli liczba ofiar jest mocno przesadzona (1). Rozumując w podobny sposób, można dojść do następującego wniosku: w wiekach średnich niezliczeni świadkowie twierdzili, że widzieli czarownice lecące w kierunku Blocksberga. W konsekwencji sporo owych «czarownic» trafiło do sądu Inkwizycji. A więc, historia ta jest prawdziwa, tylko że liczba unoszących się w powietrzu czarownic jest przesadzona. Noltemu wcale nie przychodzi do głowy, że relacje zarówno świadków jak też wykonawców można bez większego wysiłku koordynować, jako że po wojnie sojusznicy mogli fałszować i torturować ile im tylko wlazło.
Jak wykazał poważny badacz hiszpański Enrique Aynat, od polskiego Ruchu Oporu już z początkiem 1941 roku zaczęły nadchodzić informacje o masowych mordach w Oświęcimiu, lecz nie za pomocą cyklonu B, tylko młotem pneumatycznym, wannami elektrycznymi itp. (2). Te doniesienia pozostawiono jednak bez uwagi. Straszliwe historie o parowych, gazowych, elektrycznych itp. komorach Bełżca propaganda zaczęła szerzyć z początkiem roku 1942. Oświęcimia nie ruszano aż do czerwca 1944 r. Brytyjsko–żydowski autor Martin Gilbert pisze, że «tajemnica KG Oświęcimia–Birkenau była chroniona aż do trzeciego tygodnia czerwca» (3). Do tego zaś momentu zostały już przeprowadzone masowe deportacje Żydów węgierskich, których kierowano bezpośrednio do Oświęcimia; 28 tys. spośród nich zarejestrowano, resztę zaś rozprowadzono po innych obozach pracy oraz fabrykach (4). Opowiadania o węgierskich Żydach w KG Brzezinki zapoczątkowały legendę o «obozie zagłady» w Oświęcimiu. W listopadzie 1944 r. legenda ta otrzymała swoją ostateczną postać. Wtedy to w Waszyngtonie powstał «Raport WRB», oparty na opowiadaniach Vrby, Alfreda Wetzlera, Czesława Mordowicza i Arnosta Rosina (5). Cyklon B został w raporcie nazwany narzędziem uśmiercania, mówiono też o egzekucjach w dwóch wiejskich chatach, lecz o krematorium obozu zasadniczego jako miejscu mordów w raporcie nie było ani słowa. (Do tego raportu jeszcze powrócimy).
2 lutego 1945 r., zaraz po wyzwoleniu Oświęcimia, «Prawda» powiadomiła świat o «transporterze śmierci», na którym równocześnie mordowano setki ludzi. Wkrótce jednak transporter znikł, żaden ze świadków już więcej o nim nie wspominał. I o KG «Prawda» też pisała, ale umieściła je nie tam, gdzie dla nich wyznaczono miejsce później, tylko «we wschodniej części obozu» — mimo że obóz znajdował się już w rękach Sowietów! Rzecz oczywista, wersja wówczas jeszcze nie została w pełni uzgodniona przez aliantów. Sowieci wiedzieli, że mają odnaleźć dowody masowych mordów w Oświęcimiu, lecz ani Londyn, ani Waszyngton na razie nie podali żadnych szczegółów, i dlatego autor w «Prawdzie» (z żydowskim nazwiskiem) zadecydował szczegóły zmyślić sam.
W kwietniu – maju 1945 r. przed polską komisją wystąpili liczni więźniowie Oświęcimia, wśród nich Żydzi Szmul Feinzilberg (który nazywał siebie Janowskim, Kaskowskim i wreszcie Feinzilbergiem), ciągle zmieniający datę swoich urodzin Szlama Dragon oraz Henryk Tauber (6). Po tym jak «Prawda» spudłowała w tak niefortunny sposób, polscy komuniści zaczęli, przynajmniej w kwestiach zasadniczych, koordynować zeznania. KG ulokowano w innym miejscu, osiągnięto też jedność w kwestii narzędzia zbrodni. Został nim cyklon B. Co do reszty, tym co «przeżyli holokaust» pozwolono dawać upust swej schorowanej wyobraźni, a ich «autentycznym zeznaniom» nadano status «najwyższej wiarygodności».

Tworzenie mitu dokończyły zeznania komendanta Oświęcimia Rudolfa Hössa. Po wojnie on przez pewien czas ukrywał się na posesji pewnego wieśniaka, ale w marcu 1946 r. został schwytany przez Brytyjczyków. Zeznania otrzymano od Hössa w pewnym brytyjskim zakładzie, gdzie stosowano tortury. Hössa torturował Żyd, sierżant Bernard Clark. Odbywało się to następująco (7): «Höss krzyczał już na sam tylko widok brytyjskiej uniformy. “Jak masz na imię?“ — ryczał Clark i za każdym razem kiedy brzmiała odpowiedź “Franz Long“ (imię wieśniaka, u którego ukrywał się Höss), pięść Clarka z całej siły uderzała w twarz przesłuchiwanego. Na czwartym przesłuchiwaniu Höss nazwał siebie. Wtedy rozebrano go do naga i rozciągnięto na urządzeniu do zabijania bydła, gdzie Clark robił z nim takie rzeczy, że wrzaski i uderzenia łączyły się w jedną kakofonię i wydawało się, że nie będzie temu końca… Potrzeba było trzech dni, żeby Höss zaczął mówić to, czego od niego żądano».
Rewizjoniści gruntownie przeanalizowali zeznania Hössa (8), po czym nie pozostał w nich kamień na kamieniu. My nawet nie będziemy przytaczać wszystkiego, poprzestając tu na zaledwie dwóch przykładach:
— Höss twierdzi, że tylko w czasie jego urzędowania (tj. do listopada 1943 r.) w obozie zagazowano 2,5 mln. osób. W tę liczbę obecnie nie wierzy żaden historyk. Tu jedynie pozostaje pytanie: czy naprawdę Höss aż tak tęsknił za szubienicą, że był gotów do każdego kłamstwa, byle tylko jak najszybciej na nią trafić?
— Höss powiadamia, że już w 1941 r. zwiedził on «obóz zagłady» w Treblince. Twierdzi też, że istniał wtedy także i «obóz zagłady» w Bełżcu. W rzeczywistości zaś Bełżec powstał w marcu 1943, a Treblinka — w czerwcu 1942 r. (9). Ogółem w zeznaniach Hössa wykryto 47 niedorzeczności.
Istotną rolę odegrał Oświęcim na procesie w Norymberdze, gdzie całe Niemcy zostały oficjalnie obarczone odpowiedzialnością za rzekome dokonanie unikalnej w dziejach świata zbrodni. Jako podstawą prawną dla tego rodzaju oskarżenia trybunał posłużył się nie jakimiś międzynarodowymi lub państwowymi ustawami, lecz statutem, utworzonym w Londynie w sierpniu 1945 r. specjalnie dla tego przypadku (10). Zgodnie z art. 19 tegoż statutu trybunał został «zwolniony z obowiązku trzymania się reguł dowodzenia winy». Art. 21 orzekał, że «dla powszechnie znanych faktów» trybunał nie musi żądać dowodów. O tym, co należy uważać za «powszechnie znane fakty», sąd decyduje sam. Takie «fakty» jak planowa eksterminacja Żydów, zamordowanie polskich oficerów w Katyniu ogłoszono jako «znane powszechnie», dowodzić je nie było potrzeby (11).
W podobnym też stylu przeprowadzano niezliczone procesy «nazistowskich zbrodniarzy» w RFN. Marionetkowy reżim USA w Bonn od lat 50–tych zobowiązał wymiar sprawiedliwości do niezajmowania się dowodzeniem fatamorgany milionowych morderstw Żydów w KG. Operacja ta przebiegała następująco: przed rozpoczęciem procesu we wszystkich, włączanych równocześnie ŚMP przedstawia się oskarżonych jako bestie w ludzkiej postaci. Dowodów przedstawiać nie trzeba, albowiem zarówno zbrodnia jak i jej sprawcy są ustaleni raz na zawsze. Świadkowie mogą łgać do zmęczenia, krytycznych pytań nikt im nie postawi, aby nie dostarczyć im, ofiarom, «cierpień duszy». Dla oskarżonych jedyną szansą na złagodzenie wyroku pozostaje nie zaprzeczać istnieniu KG i masowych morderstw, lecz tylko swemu w nich udziałowi. W ten sposób powstają «przyznania się do winy sprawców». Cały ten proceder został opisany w książkach Wilhelma Steglicha i Manfreda Kehlersa.

B. Oświęcim: kłamca Nr 1

Gdyby się chciało uhonorować kogoś tytułem «ojciec kłamstwa o Oświęcimiu», otrzymałby ten zaszczyt nikt inny jak pan Rudolf Vrba, emerytowany wykładowca uniwersytetu w Vancouver. Jako młody człowiek, został Vrba wywieziony do Oświęcimia, skąd jemu wraz ze współwyznawcą Alfredem Wetzlem udało się uciec 7 kwietnia 1944 roku.
Uważne rozpatrzenie opowiadania tych dwóch słowackich Żydów ujawnia, że oni nigdy nie byli wewnąntrz krematoriów, gdzie miały się znajdować KG. O krematoriach II i III piszą oni co następuje (12): «Ze środka pomieszczenia z piecami wznosi się w górę olbrzymi komin. Wokół niego usytuowane są 9 pieców po 4 paleniska każdy. W każdy otwór wchodziło odrazu 3 trupy… Na płaskim dachu znajdowały się 3 hermetyczne, zamykane za pomocą zaworu okna. Od KG ku piecom biegła kolejka… po 3 minutach wszyscy w komorze są martwi… Wtedy komorę otwiera się, wietrzy, a Sonderkommando podwozi trupy na wywrotkach do pieców, gdzie dokonuje się spalania».
Otóż po pierwsze każdy piec ma w rzeczywistości 5 palenisk po 3 mufle każde; po drugie, jak już zostało powiedziane, w dachu kostnicy nie było żadnych otworów; po trzecie, od KG do pieców nie biegnie żadna kolej — przy piecach znajdował się podnośnik, jako że były one usytuowane o jedną kondygnację wyżej. Oprócz tych oczywistych kłamstw, relacja Vrby-Wetzla zawiera jeszcze cały szereg poważnych błędów. Najprawdopodobniej obydwaj autorzy otrzymali informację od uczestników Ruchu Oporu, którzy, naturalnie, osobiście krematorium nie widzieli.
W roku 1964 Vrba opublikował książkę «I cannot forgive» (Nie mogę przebaczyć) (13); na str. 10-11 on rozwlekle opisuje masowe zagazowanie krakowskich Żydów, dokonane rzekomo w styczniu 1943 r. w krematorium II z okazji wizytowania Oświęcimia przez Himmlera. Gdyby Vrba przynajmniej poczytał sobie literaturę o holokauście, to by wiedział, że krematorium II uruchomiono nie w styczniu, tylko w marcu 1943 r. (14), natomiast Himmler po raz ostatni był w Oświęcimiu w lipcu 1942 r. (15). W książce Vrba zastępuje «kolej» przez «specjalne ruchome krzesła» (takie krzesło tam rzeczywiście było, ale tylko jedno; w tekście niemieckim przedstawiony jest rysunek). Czas trwania kremacji równy 1,5 godinom, który Vrba podawał dla « Raportu WRB», w książce został skrócony do 20 min., co, jak już wskazywaliśmy, sprzeciwia się prawom fizyki. Zamiast trzech okien w dachu KG w książce mówi się o jednym. No i jeszcze coś-niecoś «polepszył» Vrba w swoim «świadectwie».
Jak podkreśla prof. Faurisson (16), wszystko to trwa już 40 lat i skończyć z tym można będzie dopiero wtedy, kiedy na sądzie żydowscy «świadkowie KG» zostaną poddani przesłuchaniu krzyżowemu, jak to się zwykło czynić w przypadkach dochodzeń o morderstwach. A do tego momentu oszuści będą nadal wygłaszać odczyty, udzielać wywiadów, ciągnąć ludzi do sądu nie ryzykując być zdemaskowanymi za pomocą krytycznie postawionych pytań (17).
W r. 1985 w Toronto odbyła się rozprawa sądowa nad Kanadyjczykiem niemieckiego pochodzenia Ernstem Zündlem, który przez pewną żydowską organizację został oskarżony o rozpowszechnianie literatury rewizjonistów. Świadkiem koronnym na tym procesie był Vrba. Jego nieco rozpracował obrońca Zündla, Douglas Christie. Christie zaczął pytać Vrbę o opisanej w jego książce wizytacji Oświęcimia przez Himmlera (18):

Pytanie: Pozwoli mi pan zapytać, czy chciałby pan powiedzieć, że widział pan Himmlera w obozie w styczniu 1943 r. czy też są to jedynie…
Odpowiedź: We wrześniu 1943 r. albo w styczniu.
P.: Tak, ale w książce napisano w styczniu 1943 r.
O.: Nie, ja go widziałem w lipcu 1943 r., a następnie jeszcze raz w 1943 r.
P.: Ale tu stoi styczeń 1943 r.
O.: Więc to pomyłka.
P.: Pomyłka?
O.: Tak.
P.: A więc widział pan jak on przyjeżdżał?
O.: Za pierwszym razem po prostu nie mogłem go nie zobaczyć, ponieważ był tak blisko mnie jak pan teraz stoi.
P.: Tak blisko jak ja teraz?
O.: Mniej więcej.
P.: Rozumiem. Więc pan był…
O.: Z grzeczności on podszedł do mnie jeszcze o krok.
P.: Tak, tak…
O.: Lecz za drugim razem widziałem go w samochodzie, jak i za pierwszym razem. On przyjechał czarnym mercedesem i był otoczony gromadą lizusów, którzy mu towarzyszyli. Widziałem go z odległości 600 jardów i słyszałem, że to on, ale tym razem on do mnie nie podszedł, żeby uścisnąć mi rękę i przedstawić się. Może to był rzeczywiście on, a może tylko jego zastępca, ale ja nie sądzę żeby to była wielka różnica.
P.: I pan mówi sądowi, że rzeczywiście widział pan Himmlera, jak ten przez drzwi oglądał KG, tak trzeba pana rozumieć?
O.: Nie, nie twierdzę że byłem tam kiedy on oglądał KG, ale powtarzam historię, którą wiele razy słyszałem od tych którzy tam byli… Tam było wielu z Sonderkommando i z SS.
P.: Ale czy pan tam był?
O.: Nie, wówczas byłem w obozie kwarantannowym, i wiem, że nieszczęsne ofiary musiały długo czekać na zagazowanie, ponieważ wysokie bestie tak długo nie przychodziły musieli oni czekać w KG.
P.: Ale w pańskiej książce pisze pan że to wszystko widział pan osobiście i ani słowa o tym że przekazuje pan to co usłyszał od innych.
O.: W tym szczególnym wypadku opowiedziałem to co usłyszałem od innych.

W sądzie Vrba uporczywie nastawał na tym, że widział na własne oczy jak 1 mln. 765 tys. Żydów zniknęło w krematorium; z tego 150 tys.— francuskich. Christie zwrócił mu uwagę na to, że w ogóle z Francji deportowano Żydów dwa razy mniej od wymienionej przezeń cyfry, po czym Vrba go zapytał: «A skąd ma pan taką liczbę? Z nazistowskich gazet?» Christie odpowiedział, że ma ją ze wzorcowej pracy francuskiego Żyda, Serge’a Klarsfelda (19).
Klęska arcykłamcy Vrby stanowi punkt zwrotny w prawniczym przezwyciężeniu «holokaustu». Jeśli nie liczyć jerozolimskiego procesu Demjaniuka (20) — gdzie pięciu żydowskich kłamców przysięgało, że Ukrainiec własnymi rękoma wpędził setki tysięcy do KG, a on mimo to został uniewinniony — od 1985 roku żaden «świadek KG» nie waży się występować przed sądem (20).

Ernsta Zündla w 1985 skazano na 19 miesięcy więzienia, a w 1988 r. na procesie przeciwko rewizjonistom jeszcze na 9 miesięcy. Podstawą do wyroku posłużyła ustawa «o rozpowszechnianiu fałszywych wiadomości». W sierpniu 1992 r. przewodniczący kanadyjskiego trybunału rehabilitował go i ogłosił wymienioną ustawę jako sprzeczną z konstytucją (21).

C. Niedorzeczność obrony oficjalnej wersji Oświęcimia

Przyszłe pokolenia nie będą mogły pojąć, jak przez pół wieku mogła się utrzymywać absurdalna historia o KG, w którą wierzyła większość ludzi, a wątpiących ścigano prawem.
Wyobraźmy sobie jednak na chwilę, że Niemcy rzeczywiście chcieliby fizycznie wytępić Żydów. Jak by oni w takim wypadku postąpili? Jako sposób zabójstwa w pierwszej kolejności nasuwa się rozstrzeliwanie i morzenie głodem. Rzecz oczywista, w każdym europejskim kraju likwidowano by Żydów na miejscu, tam gdzie oni mieszkali: francuskich — we Francji itd. Niemieckich Żydów odprowadzono by do zawczasu wykopanych zbiorowych mogił gdzieś w lasach i tam by rozstrzelano. Natomiast pomysł zebrania Żydów z całej Europy do «obozów zagłady» i gazowania ich tam nie przyszedł by do głowy nawet najbardziej perwersyjnemu i wymyślnemu «biurokracie śmierci». Niezwykle inteligentni i o nieprawdopodobnych zdolnościach musieliby być nazistowscy zbrodniarze, gdyby podjęli się w rekordowo krótkim terminie wyniszczyć miliony ludzi, i to tak, że nie pozostało najmniejszego śladu! Ślady zaś tak starannie chowali oni dlatego iż od początku wiedzieli, że ich Narodowy Socjalizm zostanie zwyciężony i rozpocznie się międzynarodowe dochodzenie.
Deportacja Żydów miała sens jedynie w dwóch wypadkach: jeśli uważano ich za niepewnych obywateli, za element wywrotowy, oraz gdy używano ich jako siłę roboczą.
Nie mniej absurdalny jest również wybór Cyklonu B jako środka uśmiercania. Gdyby chciano za wszelką cenę wytruć Żydów, wtedy do dyspozycji była wystarczająca ilość bojowych środków trujących (przypomnijmy sobie, że w pierwszych doniesieniach polskiego Ruchu Oporu właśnie o nich się mówi, później jednak w oficjalnej literaturze już ich się nie wspomina). Podobnie też zamiast osławionych «wozów gazowych» lub «ruchomych KG» (z użyciem gazów spalinowych silnika) można było używać zwykłego gazogeneratoru, który pracuje na drewnie i produkuje aż 32% tlenku węgla, przez co można zabić człowieka w ciągu pary minut (22). Nie istniałby problem bezpieczeństwa, a metoda uśmiercania jest równie prosta, jak też i tania. A jednak o podobnym skutecznym sposobie w literaturze na temat holokaustu nie ma ani słowa. Zamiast tego Narodowi Socjaliści musieli zastosować najbardziej idiotyczny ze wszystkich jakie w ogóle da się wyobrazić środek uśmiercania, mianowicie drogi, skrajnie potrzebny do zwalczania nosicieli tyfusu, produkowany w niewielkich ilościach, niebezpieczny przy kontakcie ze skórą, wyjątkowo kiepsko wywietrzany i niezwykle długo ulatniający się środek owadobójczy.

Od roku 1942 w niektórych stanach USA skazanych na karę śmierci zatruwa się substancją, zawierającą kwas cyjanowodorowy (pruski). Proces uśmiercania jest tu sprawą nader skomplikowaną. Komora gazowa musi być absolutnie hermetyczna, mieć złożony system wietrzenia itd. Wystarczy tylko porównać tę komorę z KG Oświęcimia jak już od razu staje się jasne, że już pierwsza próba przeprowadzenia w niej gazowania musiałaby skończyć się dla esesmanów tragicznie.
W pewnej regionalnej gazecie wypoczynkowego miasteczka Lavron w Chorwacji opisuje się, jak miejscowy leśniczy spróbował w 1995 r. wytruć gazem korniki, które niszczyły kościół, ale niewystarczająco szczelnie zamknął przy tym okna i drzwi. W wyniku tego całą ludność miasteczka natychmiast ewakuowano, i mimo tego trzy osoby uległy jednak zatruciu w ciężkim stopniu.
Na techniczną niemożliwość dokonania uśmiercania Cyklonem B w pomieszczeniach, nazwanych KG, jako pierwszy wskazał Robert Faurisson (23,24). Następujący cytat ukazuje istotę jego argumentacji (25): «Gdyby nazistowskie KG miały być używane, wtedy należałoby wykonać co następuje: wyposażyć je w hermetycznie zamykane drzwi; zaopatrzyć w specjalny system wprowadzania i rozprowadzania gazu, wyjątkowo złożony system wietrzenia komór po dokonaniu egzekucji; wynaleźć sposób neutralizacji wypuszczonego gazu oraz wymyślić nieprzeciętnie oryginalną technologię unieszkodliwiania tegoż gazu, mocno wsiąkającego w ciało, żeby umożliwić przenoszenie trupów. Wietrzenie komór jest długotrwałym i skomplikowanym zabiegiem. Gaz tak głęboko wsiąka w skórę, że nie ma nawet mowy o tym, aby dotykać trupów rękami. Już samo tylko dotknięcie ich prowadziłoby do zatrucia».

To że twórcy komór nie znali praw chemii i dlatego zdecydowali się użyć Cyklonu B w koncentracjach, potrzebnych do masowej zagłady, musiałoby stać się dla nich fatalną pomyłką. Holokaustnicy teraz by chętnie zrezygnowali z Cyklonu B i zastąpili go jakimś innym gazem, ale jest już za późno. Będzie musiało samo kłamstwo holokaustu zdechnąć przez ten sam cyklon.

Przypisy

1) Ernst Nolte, «Streitpunkte», Propylaen, 1993.
2) Enrique Aynat, «Estudios…», l.c.
3) Martin Gilbert, «Auschwitz und die Alliierten», C.H. Beck, München, 1982.
4) Jak informuje Pressac, po wojnie w samym tylko obozie Stuthof znalezionych zostało 40–50 tysięcy węgierskich Żydówek, deportowanych tam przez Oświęcim.
5) Pełny tekst sprawozdania WRB p. Enrique Aynat, «Los protokolos de Auschwitz: Una fuente historica?», Garcia Hispan, Alicante, 1990.
6) Ich wypowiedzi zostały częściowo podane w naszej książce «Auschwitz…».
7) Rupert Butler, «Legions of death», Arrows Book Limited, 1983, s. 235 nn.
8) Norymberski dokument 3868–PS.
9) O Bełżcu i Treblince «Encyklopädie des Holocaust», l.c.
10) Proces głównych zbrodniarzy wojskowych w Międzynarodowym trybunale wojskowym. Wydano w Norymberdze, Niemcy. Przedruk fotomechaniczny w wydawnictwie Delphin, 1984. Wprowadzenie do tomu pierwszego.
11) Dokument norymberski IMT VII, s. 469.
12) Cytuje się według: Enrique Aynat, «Los protocolos…», l.c., suplement I.
13) Wydano w 1964 r., wydawnictwo Bantam.
14) P. jakąkolwiek ksążkę na temat holokaustu, np. B. Hilberg, l.c., s. 946.
15) P. np. Pressac, «Les crematoires…», l.c., s. 43/44.
16) Faurisson w: Gauss, «Grundlagen…», l.c., s. 99 nn.
17) Richard Harwood, «Did six million really die?», przedrukowano w książce Barbary Kulaszki pod tą samą nazwą, p. następny przypis 21.
18) Świadectwo Vrby występuje w protokołach pierwszego procesu Zündla w Toronto 1985, s. 1244 nn. i częściowo zostało podane w naszej książce.
19) Klarsfeld, «Le memorial…», l.c.
20) O procesie Demjaniuka p. np. Hans Peter Rullmann, «Der Fall Demjanjuk», Verlag für ganzheitliche Forschung und Kultur, 1987.
21) Robert Lenski, l.c. oraz Barbara Kulaszka, «Did six million really die?», Samisdat, Toronto, 1992.
22) Por. Friedrich P. Berg w: Gauss, «Grundlagen…», l.c., s. 338 nn.
23) Por. Serge Thion, «Verité historique ou verité politique?», La Vieille Taupe, 1980. Tę książkę Thion napisał wspólnie z Faurissonem.
24) Por. wywiad Faurissona włoskiej gazecie «Storia illustrata», sierpień 1979, zostało podane u Thiona, por. przypis 23.
25) Por. wprowadzenie R. Faurissona do naszej książki «Der Holokaust–Schwindel», Guideon Burg, 1993, s. IX.

X. Oświęcim: badania naukowe

A. Ekspertyza Leuchtera

W czasie trwania procesu nad rewizjonistą Ernstem Zündlem (1988) sam Zündel razem z Faurissonem zlecili amerykańskiemu specjaliście w dziedzinie komór gazowych Fredowi Leuchterowi, który konstruował KG dla jednego ze stanów USA, przeprowadzenie naukowej ekspertyzy pomieszczeń, nazywanych KG, w Oświęcimiu I, w Oświęcimiu–Brzezince oraz w Majdanku. W lutym 1988 r. Leuchter z odpowiednim wyposażeniem udał się do Polski i tam przeprowadził badania. W wyniku tych badań powstała ekspertyza, pierwsza sądowo–medyczna ekspertyza narzędzia «największej zbrodni w dziejach ludzkości» (1). Orzeczenie zawiera trzy podstawowe wnioski:
— KG nigdy nie były planowane jako takie i z konstrukcyjnie–technicznych powodów nie mogły być jako takie używane;
— wydajności krematoriów wystarczało jedynie na małą część podawanej liczby ofiar;
— przeprowadzona (przez innego specjalistę, chemika Jamesa Rotha) analiza próbek zaprawy budowlanej, pobranych ze ścian wewnętrznych KG nie wykryła w niej nawet najmniejszej ilości cyjanku; jednocześnie, bardzo dużą zawartość cyjanku znaleziono w tynku pewnego pomieszczenia w Brzezince, oficjalnie uznawanego za dezynfekcyjne.

Z powodu przeprowadzonych badań zwolennicy teorii o wyniszczeniu kierują swe ataki przeciwko osobie Leuchtera, lecz jego osiągnięcia posłużyły dla innych za inspirację do przeprowadzenia jeszcze bardziej gruntownych badań.

B. Ekspertyza Germara Rudolfa

Germar Rudolf, chemik, pracownik instytutu Maxa Planka, przeprowadził szczegółowe sprawdzenie ekspertyzy Leuchtera (2). On tak samo doszedł do wniosku, że z powodów o naturze konstrukcyjno–technicznej oraz chemicznej masowe uśmiercania w Oświęcimiu nie były możliwe:
— rzekome otwory, przez które miał być wrzucany Cyklon, w owym czasie nie istniały. Takim sposobem, jak to opisują świadkowie, wprowadzać do komory granulat było nie sposób;
— kwas pruski wiąże się z farbą ścian. Najbardziej trwałe związki tworzy on z pigmentami farb błękitu pruskiego (Berliner Blau) i błękitu żelaznego (Eisernes Blau), którym ten kwas (Blausäure) zawdzięcza swoją nazwę. Błękit żelazny jest niezwykle trwały i zachowuje się dłużej od pomalowanych nim ścian. Gdyby w KG odbywały się masowe zagazowania, wtedy w ścianach, pomalowanych błękitem żelaznym, cyjanku w żaden sposób nie mogłoby być mniej niż w ścianach komory dezynfekcyjnej. A jednak tam jest go tyle ile zawiera każda zwykła farba, czyli naturalna, znikomo mała ilość.
Zwolennicy holokaustu nie zwracają uwagi na konstrukcyjno–techniczne wyjaśnienia Rudolfa, podejmując jednocześnie próby obalenia analizy chemicznej. Ich ulubionym argumentem jest twierdzenie, że przed skonaniem ofiary cały kwas cyjanowodorowy wchłaniały w siebie przez oddech (3). Wtedy stąd wynika, że w Trzeciej Rzeszy nawet molekuły kwasu pruskiego słuchały rozkazów SS, nie osiadały na ścianach, żeby nie zdradzić swych opiekunów po ich klęsce, tylko leciały bezpośrednio do ust lub otworów nosowych swych ofiar (4). Zresztą, granule ulatniały gaz minimum przez 2 godziny, ofiary natomiast, jak mówią naoczni świadkowie, były już martwe najwyżej po 30 minutach. Z tego wynika, że nawet trupy kontynuowały wchłanianie gazu, aby się nie przedostał na ściany. Chociaż, według słów tychże naocznych świadków, trupy były zaraz wrzucane do pieca. Cóż to za przykre nieporozumienie?

Tak że tym wszystkim, którzy czerpią korzyści z «holokaustu», pozostaje tylko wszcząć wendettę przeciwko samemu Rudolfowi, co też i zrobili. Na mocy polecenia, wpływającego z Centralnej Rady Żydowskiej, wydalono go w maju 1993 r. z instytutu, po czym w czerwcu 1995 r. w wyniku trwającej przez wiele miesięcy farsy sądowej skazano bez żadnego uzasadnienia winy na 14 miesięcy więzienia: za rzekomą obrazę Żydów i rozniecanie nienawiści rasowej; wymieniono tam i jeszcze parę innych punktów (5).

C. Badanie krematoriów przez Carlo Mattogno

Ostatnią lukę w naukowo–technicznym studium holokaustu wypełnił włoski rewizjonista Carlo Mattogno. Przy współpracy z Franco Diano i innymi inżynierami przeprowadził on wybitnie gruntowne badanie krematoriów Oświęcimia. Streszczony wykład otrzymanych wyników w języku niemieckim ukazał się w 1966 r. (6).
Zbadał Mattogno następujące czynniki:
— realną wydajność maksymalną krematoriów z uwzględnieniem potrzeby ich technicznej naprawy, wskutek czego nie mogły one działać wszystkie naraz i bez przerwy;
— dostarczanie koksu do krematorium, co zostało udokumentowane prawie kompletnie, oraz zużycie koksu na spalenie jednego trupa;
— ogniotrwałą wykładzinę pieców od wewnątrz, którą nie odnawiano ani jednego razu, podczas gdy wystarcza jej co najwyżej na 3 tys. kremacji w jednej mufli;
— niemożliwość spalania ciał w dołach.
Mattogno doszedł do wniosku, że krematoria w żaden sposób nie mogły spalić więcej niż 162 tys. trupów. Jeśli uwzględnimy przy tym fakt że realna liczba ofiar Oświęcimia stanowi 170 tys. oraz że pewną ilość trupów w wypadkach gwałtownych wybuchów epidemii tyfusu palono na otwartym powietrzu (nie w dołach!), wtedy wyniki Mattogno dopełniają obraz (7).

Przeciwko badaniom Mattogno po prostu nic nie można powiedzieć, dlatego antyrewizjonistyczna literatura o nich milczy (8). Teraz już, jak się mówi, przebić kartę całkiem nie ma czym.

D. Analiza wyników zdjęć lotniczych dokonana przez Johna Balla

W grudniu 1943 r. zabudowania Oświęcimia były wielokrotnie fotografowane z powietrza przez aliantów (których interesowało jego znaczenie gospodarcze: działało tam wiele zakładów firmy IG–Farbenindustrie). Wszystkie zdjęcia były robione w okresie, który «naoczni świadkowie» określają jako najbardziej śmiercionośny. Szczególnie interesujące są zdjęcia, zrobione 31 maja 1944 r. Właśnie wtedy miał iść na całą moc proces likwidacji Żydów węgierskich; 400 tys. spośród nich miało być zagazowanych na przełomie maja i czerwca i po większej części spalonych na otwartym powietrzu. A co widać na zdjęciach? Ani kolejek przed krematoriami, ani olbrzymich pałających stosów, ani dołów, ani zamglonego dymem nieba. Nie ma ani gór z koksu, ani też z drewna, koniecznych do spalenia w mniej niż dwumiesięcznym terminie 400 tys. trupów. Nie ma nic!
Analizy zdjęć lotniczych dokonał kanadyjski specjalista w tej dziedzinie John Ball (9). Jego badania zadały ostatni cios głównemu punktowi kłamstwa o Oświęcimiu — legendzie o wymordowaniu Żydów węgierskich.

Przypisy

1) Fred Leuchter, The Leuchter Report, Focal Point Publication, 1989, można zamówić w Samisdat Publishers, 206 Carlton Street, Toronto/Kanada. Streszczone tłumaczenie niemieckie zostało opublikowane w zeszycie 36 «Historischen Tatsachen», ale skonfiskowane przez władze najbardziej wolnego państwa w dziejach Niemiec.
2) Rudolf, «Gutachten…», l.c. Nieco streszczona wersja znajduje się w zbiorze Gaussa «Grundlagen zur Zeitgeschichte», l.c.
3) Podobną tępotę umysłową wykazała np. Klara Obermüller w swym wprowadzeniu do odczytu Debry Lipstadt o «Negacji holokaustu» na uniwersytecie w Zürichu 1 czerwca 1994 r.
4) Faurisson mówił o «cząsteczce z głowicą sterującą».
5) Proces przeciwko Germarowi Rudolfowi w Stuttgarcie 1994/1995, Aktenzeichen 17 KLs 83/94.
6) Mattogno/Dean w Gauss, «Grundlagen…», l.c.
7) Ibidem, s. 305–307.
8) Zbiór ukazał się w wydawnictwie Dieticke pod tytułem «Wahrheit und Auschwitzlüge».
9) John Ball, «Air photo evidence», Ball Resource Service, 1992, można zamówić w Samisdat Publishers (por. przypis 1).

XI. Inne «obozy zagłady»

Teraz, kiedy skończyliśmy sprawę z centralnym punktem mitu o «holokauście», kłamstwem Oświęcimia, możemy pokrótce przyjrzeć się 5 innym «obozom zagłady», o których napisano nie mniej niż o Oświęcimiu.
Majdanek, mieszany obóz pracy i «obóz zagłady», zwolenniki teorii eksterminacji przedstawiają jako porównywalny z Oświęcimiem. Co się tyczy Chełmna, Sobiboru, Treblinki i Bełżca, one są ogłaszane czystymi «fabrykami śmierci». Jeszcze przed zakończeniem wojny Niemcy je demontowali i schowali wszystkie poszlaki. Dlatego żadnych dokumentów po nich nie pozostało; Niemcy wszystko zniszczyli. Zobaczmy, jak to wszystko się udowadnia.

Majdanek

Był to wielki obóz pracy, który swą nazwę otrzymał od przedmieścia Lublina, na którym był położony; obozowi tę nazwę nadali później Polacy.
Z górnych pięter znajdujących się na pobliskich ulicach kamienic widoczny był cały teren wewnętrzny obozu. Narodowi socjaliści, z jednej strony, usiłowali ukryć fakt ludobójstwa, dlatego właśnie zniszczyli wszystkie dokumentalne dowody, a trupy milionów zabitych usunęli bez śladu; z drugiej strony, swą «fabrykę śmierci» urządzili wprost na obrzeżach wielkiego miasta w ten sposób, aby polska ludność mogła z bezpośredniej bliskości przyglądać się przebiegowi zbrodni! Oto w co każe się nam wierzyć przez dobre pół stulecia.
Majdankowi przypisuje się od 1,38 mln. do 50 tys. zabitych (1). Niektórzy zwolennicy teorii eksterminacji, jak chociażby Gerald Reitlinger (2) lub Wolfgang Benz (3), uważają go za «obóz zagłady». Przeważnie jednak istnienia KG na Majdanku broni się dość biernie. Że pomieszczenia, które pokazuje się zwiedzającym jako KG, nimi nie są, ostatecznie udowodnił Germar Rudolf (4). Ten obóz nie zasługuje na to, aby o nim długo mówić.

Chełmno

Obóz był położony na zachodzie Polski. Według „Jewish Year Book” (Roczniki Żydowskie) t. 47, s. 398 zgładzonych w nim zostało 1,35 mln Żydów; według Claude’a Lanzmann’a (5) – 300 tys., według Wolfgang’a Scheffler’a (6) – 300 tys., według Raul’a Hilberg’a (7) – 150 tys. To że żaden z autorów nie robi najmniejszego wysiłku by swoją liczbę uzasadnić, rozumie się samo przez siebie.
Mordów dokonywano wyłącznie w ruchomych KG („samochodach gazowych”), od istnienia lub nieistnienia których zależy los całego „obozu zagłady”. Do tych samochodów jeszcze powrócimy.

Sobibór

Sobibór został zaliczony do obozów koncentracyjnych dzięki przypadkowi: krótkiemu pismu inspektora obozów Richarda Glücka do Heinricha Himmlera, wysłanemu w styczniu 1943 r. Glück proponuje w nim przerobić Sobibór na OK. Himmler propozycję Glücka odrzucił (8). Pozostaje pytanie: był obóz czy go nie było? Zwolennicy teorii zagłady twierdzą, że był, i że był to właśnie „obóz śmierci”. Liczba przypisywanych mu ofiar stanowi 200-250 tys. Odnośnie narzędzia uśmiercania długo nie mogli dojść do porozumienia. Jeden z nielicznych świadków, radziecki Żyd Aleksandr Pieciorskij składa takie zeznania (9): „Na pierwszy rzut oka wydawało się, że wchodzisz do zwykłej bani: krany do gorącej i zimnej wody, ławki do mycia się… Lecz jak tylko człowiek tam wchodził, drzwi z wielkim hukiem zamykały się. Z dziurek w suficie zaczynała po spirali spływać ciężka, ciemnawa masa…”
Aby zagłuszyć krzyki ofiar, Niemcy trzymali w obozie stada wyjątkowo krzykliwych gęsi co zaczynały gęgotać w czasie póki spływała śmiercionośna masa (10). Historyków taka wersja nie zachwyciła, więc stanęli wkrótce na wersji KG (11, 12), zaś „Encyklopedia Holokaustu” podsumowała te debaty orzekając: był tam silnik Diesla – i koniec!

Bełżec

W Bełżcu, jak twierdzą wszyscy holokaustnicy, pomiędzy marcem a grudniem 1942 r. uśmiercono dokładnie 600 tys. Żydów (14), z czego wynika, że system nazistowski w Bełżcu był szczególnie bezlitosny. Główny świadek to Kurt Gerstein, który, jak pamiętamy, twierdził, że gazem zostało otrutych 20 do 25 mln ludzi, że istniały góry z obuwia o wysokości 40 m, a do KG upychano ludzi po 28-32 osoby na metr kwadratowy. Oprócz Gerstein jest jeszcze tylko jeden świadek – polski Żyd Rudolf Reder dzięki któremu przyjęto uważać, że w obozie przeżyło od 1 do 5 ludzi. Reder mówił o 3 mln uśmierconych gazem w Bełżcu (15).
Za narzędzie mordu w Bełżcu już przez dziesięciolecia jednogłośnie uznaje się silnik Diesla. Ale w kręgach, tworzących mit holokaustu, krążyły różne wersje: od ludzkiego młyna dr Szende do wagonów z wapnem Jana Karskiego i pieców elektrycznych Abrahama Silbersteina (16). Wszystkie one zniknęły później w zakamarkach historii.

Treblinka

Temu „wyłącznie niszczycielskiemu obozowi” przypisuje się od 3 mln do 750 tys. ofiar. Na procesie Demjaniuka w Jerozolimie nazywano liczbę 875 tys. (17).
Klasyk holokaustu Wasilij Grossman w książce „Piekło Treblinki” (1946) opisuje następujące sposoby zagłady w obozie (18):
– uduszenie przez odpompowanie powietrza z komory. Zupełnie niewykonalny technicznie temat do horroru; niedługo zniknął z propagandowych zasobów holokaustu.
– oparzanie przez rozżarzoną parę. Sposób został unieważniony przez trybunał Norymberski 14 grudnia 1946 r. (dokument PS 3311).
– zabijanie spalinami silnika Diesla. Ta wersja została niedługo wyparta przez inne. W lutym 1946 r. Samuel Reizmann zeznał w Norymberdze, że w Treblince było najpierw 3, a następnie 10 KG (IMT VIII, s. 361). Po czym nie chciano już nic innego – ani opisanej 2 miesiące przed tym komory parowej, ani wypompowania powietrza, ani chloru lub transportera (19).

Podobnie jak w Chełmnie, Sobiborze i Bełżcu, trupy w Treblince były najpierw zakopywane w dołach, w 1943 r. zaś zostały wykopane i spalone na otwartym powietrzu bez reszty. Izraelski „naukowiec” I.Arad wyjaśnia (20): „Ludzie, którzy pracowali przy kremacji zauważyli, że trupy dobrze się paliły bez specjalnych środków palnych”.
Sposób takiego palenia został wynaleziony przez wysoce utalentowanego esesmana Gerberta Flossa. On to właśnie się domyślił, że tłuste panie palą się lepiej niż chudzi mężczyźni i wykorzystał je jako materiał palny (21). Szkoda że tego dotąd nie wiedzą Hindusi i wycinają lasy aby palić swoich umarłych. Zresztą, możliwe że tylko w okresie panowania NS trupy paliły się same, w warunkach zaś wolnego społeczeństwa to się nie dzieje na skutek dużej zawartości wody w komórkach.
Według dokumentu, który wyłonił się w czasie wojny w kręgach żydowskich, w Treblince było 10 KG, które jednocześnie mieściły 6 tys. ludzi. Droga do tych pomieszczeń śmierci była otoczona szczelnym płotem i miała szerokość 1,5 m (22), co oznacza, że ludzie mogli po niej przechodzić tylko dwoma rzędami. Odległość pomiędzy każdą parą idących nie może być mniejsza niż 0,5 m. Otrzymujemy więc kolejkę o długości 2 km.
Według Adelberta Rückerla, byłego kierownika Centrum Ścigania Zbrodniarzy Nazistowskich w Ludwigsburgu, w Treblince służyło 35-40 esesmanów; co oznacza, że w każdej akcji palenia na jednego esesmana (przy założeniu że wszyscy oni zajęci byli wyłącznie tym i niczym innym) przypadało po 150 Żydów! Na szczęście, Żydzi trzymali się nader posłusznie: zamiast żeby załatwić kilku esesmanów i uciec, oni maszerowali, jak zeznaje pewien świadek w Düsseldorfie, „nadzy, kolumną, prostą do KG” (23).

Babi Jar

Po wkroczeniu wojska niemieckiego we wrześniu 1941 r. do Kijowa w mieście nastąpiła seria wybuchów i pożarów, których ofiarami stały się setki ludzi. Mszcząc się za to Niemcy ponoć zebrali 33 tys. Żydów, zaprowadzili ich na obrzeża miasta, rozstrzelali i wrzucili do wąwozu. Dokładnie dwa lata później, kiedy Armia Czerwona doszła pod Kijów, trupy zostały wyryte i spalone – jak też należy się spodziewać, bez reszty. A więc również po tym przestępstwie nie pozostało żadnych dowodów.
Gerbert Tideman i Udo Walendy zbadali historię Babiego Jaru. Zeznania świadków pełne są wszelkich dostępnych wyobraźni sprzeczności. Przed rozstrzelaniem ofiary były rzekomo przebijane bagnetami, zakopywane żywcem do ziemi itp. Z biegiem lat liczba ofiar urosła do 300 tysięcy.
Sprawa polega na tym, że w momencie przejęcia Kijowa przez Niemców nie było tam nawet 33 tys. Żydów, nie mówiąc już o 300 tys., ponieważ wszyscy oni zostali zawczasu ewakuowani.

Badania naukowe

a) Badania „narzędzi morderstwa” przez Friedricha Paula Berga

Amerykański inżynier F.P.Berg zbadał silnik Diesla jako narzędzie zabijania (24). Wykazał on kompletną niedorzeczność tej legendy.
Sprawa polega na tym, że jest to sposób skrajnie niezręczny, pracochłonny i zupełnie nieskuteczny, jako że gaz ten zawiera dużo tlenu i mało tlenku węgla. W silniku benzynowym na 1 m3 spalin przypada 5% i więcej tlenku, w dieslowskim zaś nie więcej niż 1%, nawet jeśli ustawić go na bieg jałowy. Skuteczniej byłoby po prostu zamknąć ofiary w pomieszczeniu bez okien.
Jeśli holokaust miał miejsce, to jego wykonawcy byli geniuszami technicznymi, ponieważ udało się im wywieźć miliony ludzi niewidocznie dla całego otaczającego świata do ośrodków zagłady, zatruć ich gazem i spalić bez reszty, ale okropna nieskuteczność narzędzia uśmiercania nie została przez nich uwzględniona!
Podobnie jak historię z Cyklonem B, również tę historię z silnikiem Diesla wymyślili ignoranci z chemii. A jednakże silnik ten stoi we wszystkich książkach z historii na zgubę holokaustnikom, i nie ma gdzie go stamtąd usunąć.

b) Badanie sposobu usuwania trupów przez Arnulfa Neumaiera

A. Neumaier jest inżynierem. W swoim studium wychodził on z założenia cyfry 875 tys. (25), która została wymieniona na procesie Demjaniuka. Aby spalić 875 tys. trupów na otwartym powietrzu, przy założeniu 200 kg drewna na trup potrzeba 175 tys. ton drewna. Chodzi więc o zrąb lasu o długości 6,4 km i szerokości 1 km. Aby dokonać dzieła spalenia, które, jak się twierdzi, trwało od początku marca do końca sierpnia 1943 r., potrzebna była codzienna praca 2800 drwali, przy założeniu że w ciągu dnia jeden człowiek zetnie, oczyści, rozpiłuje i zmagazynuje jedno drzewo. Jednakże, jak opowiada literatura z dziedziny holokaustu, w Treblince było zaledwie 500 „Żydów-robotników”, spośród których, jak podaje „ocalały z holokaustu” Richard Glocar, do brygady drwali należało jedynie 25 osób, czyli 1,5% wymaganej liczby (26). Poza tym, w pobliżu Treblinki nie ma prawdziwego lasu. Czyżby więc przetransportowanie linią kolejową 175 tys. ton drewna odbyło się niezauważone? A może drewno wydobywano w jakiś inny sposób?
Idźmy dalej. 875 tys. trupów to 2900 ton popiołu; należy doliczyć do tego jeszcze 100 ton popiołu z drewna. W popiele zaś setek tysięcy trupów pozostają części niespalone – samych tylko zębów 20-30 mln sztuk. I gdyby Sowieci czy też Polacy byli znaleźli choćby najmniejszą część tych wszystkich pozostałości, oni natychmiast z wielkim hałasem zebraliby międzynarodową komisję, aby ukazać światu dowód niemieckiego okrucieństwa. Ale oni tego nie zrobili. Dlaczego?

c) Absurdalność legendy o „czysto niszczycielskich obozach”

W antyrewizjonistycznym utworze Tilla Bastiana oficjalną mądrość na temat „obozów zagłady” podaje się następująco (27): „Jesień 1943 roku. 300 km na północ od Oświęcimia wykonują swoją brudną pracę Sobibór i Treblinka. Kiedy masowe mordy tam ustały, głównym ośrodkiem niszczenia, jakich nie widział świat, stał się obóz Oświęcim-Birkenau.
Rudolf Höss, który odwiedził obóz zagłady Treblinka (w czerwcu 1941 r., 13 miesięcy przed początkiem jego istnienia!) szczycił się ulepszeniami, które u siebie wprowadził. „Komendant obozu Treblinka – mówi Höss – powiedział mi, że 800 tys. on zlikwidował w ciągu pół roku. Stosował on jednotlenek, który jest mało skuteczny. Kiedy ja budowałem gmach zagłady w Oświęcimiu (niejasne który? bo jest ich tam sporo), stosowałem Cyklon B. …Innym ulepszeniem było to, że wybudowaliśmy KG, które mieściły od razu 2 tys. ludzi, podczas gdy w Treblince w każdej z 10 KG mieściło się zaledwie po 200 osób”.
Tym passusem pan Bastian zupełnie wyraźnie pokazuje, za kogo on trzyma swoich czytelników: mianowicie za idiotów. Oświadcza on: „W Bełżcu przez 10 miesięcy – gdyż obóz został uruchomiony w marcu 1942 r. – zostało zabitych i spalonych na otwartym powietrzu 600 tys. ludzi. W Treblince … 974 tys., prawie wszyscy Żydzi, spośród których 894 tys. – w przeciągu 8 mies., ponieważ w pozostałym czasie, według Hössa to 6 mies., zdołano uśmiercić jedynie 80 tysięcy”.

Lecz po co wtedy było potrzebne wiosną 1943 stawiać w Brzezince KG w krematoriach, jeśli inne obozy zagłady funkcjonowały tak skutecznie? W samych tylko Bełżcu i Treblince przy takim tempie pracy bez problemów można było wymordować wszystkich aresztowanych Żydów. Czemu tak nie w porę zostały zamknięte obydwie „fabryki śmierci” i postanowiono budować KG w Oświęcimiu?
Budowę 4 krematoriów w Brzezince tłumaczą holokaustnicy potrzebą likwidacji trupów zagazowanych. Ale po co stawiać krematoria, skoro każdą ilość trupów można przy pomocy środków palnych jak również bez nich po prostu spalić na otwartym powietrzu, nie pozostawiając żadnych śladów?
I czemuż to „gaz jednotlenek był nieskuteczny”, skoro przy jego pomocy w rekordowo krótkim terminie załatwionych zostało 1,824 mln ludzi?

Czym były Treblinka, Bełżec i Sobibór w rzeczywistości?

Nie ulega wątpliwości, że po powstaniu w getcie warszawskim setki tysięcy Żydów zostało deportowanych do Treblinki. Był to obóz przejściowy. Zgładzić i spalić w nim 1 mln ofiar było technicznie niemożliwe. Nie był to również obóz pracy, ponieważ był do tego zbyt mały. Taką była Treblinka 1; położona w 3 km od niej Treblinka 2 była obozem pracy.
Świadkowie podają, że Żydów z Treblinki przewieziono do innych obozów, na przykład do Majdanku (28). Po co, chciałoby się zapytać, potrzeba było wozić ofiary z jednego „obozu zagłady” do innego, panowie eksterminacjoniści?
Możliwe jest również, że Treblinka służyła jako obóz tranzytowy dla przewożonych do kolonii na Białorusi, istnienie których jest uznawane przez zwolenników teorii eksterminacji. Tego rodzaju obozami przejściowymi były również najprawdopodobniej Sobibór i Bełżec, za czym przemawia ich położenie na wschód od Warszawy.
Niemcy zniszczyli dokumenty? Któż to wie? Ale czemu wtedy w Oświęcimiu absolutnie wszystkie papiery pozostały nie ruszone? Wydaje się nam raczej, że tam, gdzie dokumentów nie ma, zostały one schowane, ponieważ obalają legendę o holokauście. W najbliższych latach można się tu spodziewać ciekawych odkryć.

Przypisy

1) Pierwszą cyfrę podaje Lucy Dawidowicz (l.c., s. 191), drugą Raul Hilberg (l.c., s. 956).
2) Reitlinger, l.c., s. 512.
3) Wolfgang Benz (wydawca), «Dimension des Volkermords», Oldenburg, 1991, s. 470.
4) Rudolf w książce Gauss, «Grundlagen…», l.c., s. 276 nn.
5) Claude Lanzmann, „Shoa”, dtv, 1988, s. 17.
6) Wolfgang Scheffler, „Judenverfolgung im Dritten Reich”, Colloquium, 1964, s. 40.
7) Hilberg, tamże, s. 956.
8) Dokument Norymberski NO-482.
9) Alexander Pechersky, „La rivolta di Sobibor”, w: Yuri Suhl, „Ed essi si ribellarono”, Mediolan 1969, s. 31.
10) Tamże.
11) Leon Poliakov, „Breviaire de la Haine”, Editions complexe, Paris 1986, s. 224.
12) Hilberg, tamże, s. 941.
13) „Enzyklopädie des Holokausts”, tamże, s. 1496.
14) Por. dane o Bełżcu w rozdziale następnym („Cuda na taśmie produkcyjnej”).
15) Treść książki Redera (Kraków 1946) jest przedstawiona w: Carlo Mattogno, „Il rapporto Gerstein. Anatomia di un falso” (Sentinella d’Italia, 1985, s. 129 nn.).
16) Por. naszą publikację: „Der Holokaust auf dem Prüfstand”, 1992, s. 47 nn.
17) Na temat procesu Demjaniuka p. Rullmann, tamże.
18) Wasilij Grossman. Piekło Treblinki. Moskwa 1946. Fragmenty są cytowane w nr 44 „Historischen Tatsachen”.
19) Arnulf Neumaier, w: Gauss, „Grundlagen…”, tamże.
20) Yitzhak Arad, „Belzec, Sobibor, Treblinka. The Operation Reinhard Death Camps”, University Press, Bloomington, USA, 1987, s. 174.
21) Jean-Fransois Steiner, „Treblinka. Die Revolte eines Vernichtungslagers”, Gerhard Stalling Verlag, 1966, s. 294 nn.
22) Por. Neumaier, in: Gauss, „Grundlagen…”, tamże.
23) FAZ, 2 kwietnia 1965 r.
24) Friedrich Paul Berg, w: Gauss, „Grundlagen…”, tamże.
25) P. przypis 22.
26) Richard Glazar, „Die Falle mit dem grünen Zaun”, Fischer, 1992, s. 126.
27) Till Bastian, „Auschwitz und die Auschwitz-Lüge”, C.H.Beck, 1995, s. 44/45.
28) Alexander Donat (Hg.), „The Death Camp Treblinka”, Holocaust Library, New York 1979, s. 24.

Opublikowano Rewizjonizm Holocaustu | Otagowano , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Jürgen Graf – Mit Holokaustu, część trzecia

VII. Dokumentalne dowody holokaustu

A. Punkt wyjścia

Jeśli w czasie Drugiej Wojny Światowej rzeczywiście miała miejsce systematyczna eksterminacja milionów Żydów, w takim wypadku musiała istnieć specjalna, rozgałęziona organizacja, zatrudniająca tysiące pracowników. Operacji na taką skalę byłoby zupełnie niemożliwie zrealizować bez mnóstwa rozkazów i instrukcji. A w takim hierarchicznym państwie, jak Trzecia Rzesza, bez polecenia na piśmie w ogóle nic się nie działo.
Dlatego rzeczą naturalną byłoby oczekiwać całego morza pisemnych dowodów planowej eksterminacji Żydów. Czasami eksterminacjoniści zachowują się tak, jak gdyby właśnie w ten sposób wyglądała cała sprawa. Na przykład, wzorcowa praca na temat holokaustu, napisana przez Raula Hilberga, zaczyna się takim wprowadzeniem (1): «Materiał dla swojej książki Hilberg zbierał przez całe swe życie. Jest on uważany za najlepszego znawcę pierwszych źródeł, pochodzących przeważnie od samych wykonawców. Zbrodniarze – solidni w każdej sprawie – dowód swych morderstw sto tysięcy razy poświadczyli pieczątkami i stemplami».

B. Czołowy «ekspert od holokaustu» odczuwa skrajnią potrzebę dowodów

Jeśli ktoś, pragnąc wiedzy, zacznie czytać wyżej wymienione wzorcowe dzieło, które nosi tytuł «Wyniszczenie europejskich Żydów», będzie musiał czekać aż do 927-j strony, zanim napotka rozdział «Ośrodki eksterminacji», następnie, odkartkowawszy jeszcze 100 stron, znajdzie opis «sposobów niszczenia». Hilbergowi w ten sposób trzeba było zapisać 1027 stron, zanim się zdecydował poruszyć temat, wyniesiony na stronę tytułową jego tworu, poświęcając mu nieco więcej niż 20 stron! Ale i te są marnej jakości.
Obiecane na wstępie «sto tysięcy razy poświadczone» dowody przestępstw okazują się bluffem. Wszystko, na co się powołuje Hilberg, to są zeznania świadków i przyznania się wykonawców; no, jeszcze wyroki sądowe, też zbudowane na zeznaniach świadków.
Ulubieni świadkowie Hilberga to Kurt Gerstein i Filip Müller. My będziemy specjalnie mówić o «świadkach» w następnym rozdziale, ale zeznania tych dwóch «świadków koronnych» przytoczymy tutaj.
Kurt Gerstein, oficer służby medycznej SS, w 1945 r, prawdopodobnie popełnił samobójstwo we francuskim więzieniu. Jest on głównym świadkiem w sprawie Bełżca. Jego «wyznania», jak wykazał francuski badacz Henri Roques (Anri Rok), składają się z nie mniej niż sześciu wersji, które istotnie różnią się między sobą (2). W jednym wypadku Gerstein twierdzi, że zabitych gazem zostało 20 lub 25 mln ludzi. W Bełżcu, według niego, do komory gazowej o powierzchni 25 m. kw. wpychano po 700-800 osób, tj. po 28-32 osoby na 1 m. kw. Następnie Gerstein widział stosy odzieży i obuwia pomordowanych o wysokości 35-40 m. Takie są zeznania Gersteina.
Hilberg na swych 20 stronach nie mniej niż 16 razy cytuje wydrukowaną w 1979 r. książkę Filipa Müllera «Sonderbehandlung» (Specjalne traktowanie). Tamten na s. 207-208 tej swojej niesamowitej chałtury, której nie da się czytać bez napadów mdłości, opisuje z epickim rozmachem, jak to w początkach lata 1944 roku w Oświęcimiu niszczono wiele tysięcy trupów zatrutych gazem węgierskich Żydów. A robili to tak: trupy warstwami układano w głębokim dole i tam doszczętnie spalano przy pomocy drew. Jako dodatkowy materiał palny występował tłuszcz, wyciekający z trupów. Spływał on w czasie palenia się do specjalnie w tym celu wykopanych rowków, które wpadały do zbiornika. Górną, roztopioną warstwę tego tłuszczu członkowie specjalnych drużyn (Sonderkommandos) zbierali długimi łyżkami i polewali z nich trupy, żeby lepiej się paliły.
Wszystko to jest, oczywiście, niesłychany skandal. Bez dostatecznego dopływu powietrza trupy w dole w ogóle nie będą się palić, mogą się jedynie z lekka zwęglić (4). A tłuszcz, gdyby zaprawdę zaczął wyciekać, byłby pierwszym, co by się spaliło, a gdyby nawet mimo wszystko spłynął do rowków, zapaliłby się tam od pierwszej iskry (5). No, i w ogóle: rzadko kiedy nawet czyjejś majaczącej wyobraźni przywidzi się coś takiego: głęboki dół, w nim palą się drwa, na nich warstwami leżą trupy, z których wytapia się tłuszcz, lecz nie płynie do ognia, tylko w specjalne rowki; dookoła chodzą ludzie, łyżkami na długich trzonkach czerpią ten tłuszcz i leją na trupy, i wtedy on jaskrawie rozbłyska.
Na s. 74 Müller uszczęśliwia nas jeszcze taką baśnią: «Czasami do krematorium przychodzili lekarze SS (…) Przed straceniem obydwaj lekarze obmacywali u jeszcze żywych mężczyzn i kobiet, niby u rogatego bydła, biodra i łydki, żeby wybrać sobie «lepsze kąski». Po rozstrzelaniu wybrane ofiary kładło się na stół, lekarze wycinali kawałki jeszcze ciepłego ciała z bioder i łydek i wrzucali je do przygotowanych naczyń. Mięśnie dopiero co zastrzelonych ludzi jeszcze się poruszały w konwulsjach, wiły się kurczowo, trzęsły się w wiadrach do których je składano, i te wykonywały koliste ruchy».
Taki jest «świadek koronny» Filip Müller, którego Raul Hilberg cytuje na 20 stronach 16 razy! Faktu, że nie ma żadnych dokumentów, które wskazywałyby na istnienie planu zagłady Żydów, nie może przemilczeć nawet Hilberg. Ale on znajduje dla tego kazusu doskonałe wytłumaczenie: przywódcy nazistów postanowili wyłożyć wszystko co trzeba w jednym akcie (6)!

C. «Kryminalne poszlaki» «specjalisty od holokaustu» Pressaca

W 1993 roku spod pióra francuskiego aptekarza Jean-Claude’a Pressaca wyszła książka «Krematoria Oświęcimia» (7), którą wolna prasa wolnego świata jednomyślnie ogłosiła obalającą rewizjonistów. Wcześniej, w 1989 roku, Pressac opublikował inny opus – «Oświęcim. Technika i operacje z komorami gazowymi» (8), który został ledwie zauważony przez prasę.
We wprowadzeniu do drugiej książki Pressac apetycznie obiecuje, że będzie się opierał nie na opowiadaniach świadków, lecz na dokumentach. Jednak za każdym razem, gdy zachodzi mowa o KG, Pressac powołuje się na świadków. Brak dokumentów, dowodzących chociażby tylko jeden fakt zagazowania w Oświęcimiu, zmusza Pressaca do poszukiwania poszlak ubocznych. Przytacza on dokument, który dla niego jest «ostatecznym dowodem» na istnienie KG, lecz mowy o nich w tym dokumencie w ogóle nie ma. Jest to skierowane do pewnej firmy zamówienie na dostarczenie analizatorów gazowych (szczegółowo rozpatrzymy to zamówienie niżej).
Na stronie 80 przytacza on zamówienie zarządu budowlanego w Oświęcimiu na dostarczenie hermetycznych drzwi oraz 14 głowic natryskowych dla krematorium w Birkenau (9). Z tego Pressac wnioskuje, że drzwi, poza wszelką wątpliwością, przeznaczone były dla KG, a głowice natryskowe, które rzekomo były «fałszywe», miały zwabiać ofiary do zamaskowanej przy ich pomocy KG. Drzwi jednak mogły służyć w krematorium do tego, by pracujący w nim ludzie nie ulegali zaczadzeniu dymem i żeby zapach spalenizny nie rozchodził się po wszystkich pomieszczeniach. Istnienia zaś KG te drzwi nie dowodzą w żaden sposób. O tym, że natryski były «fałszywe», w dokumentach nie ma ani słowa. No, a samo istnienie pryszniców w krematorium nie jest przecież czymś przeciwnym naturze, personel bowiem zajmował się spalaniem zmarłych na tyfus.
Na stronach 70-71 Pressac wspomina drewnianą dmuchawę dla KG w krematorium Birkenau (10). Gdyby była ona wykonana z metalu – rozumuje – przeżarłaby ją korozja pod wpływem Cyklonu B, który przecież zawiera kwas cyjanowodorowy. Później jednak – kontynuuje Pressac – były tam również dmuchawy metalowe: esesmani «przecenili niebezpieczeństwo korozji».
A teraz wyobraźmy sobie: prowadzi się eksterminację milionów ludzi niczym szkodliwych insektów i jako dowód tego haniebnego czynu «znany w całym świecie, czołowy specjalista w sprawie Oświęcimia» przedkłada nam tego rodzaju bzdury! Wielu rewizjonistycznych badaczy, a szczególnie Faurisson i Matogno, poddali wywody Pressaca analizie z druzgoczącymi wnioskami (11). W 1996 r. ukazał się w języku niemieckim zbiór artykułów na ten temat (12).

D. «Niemcy zniszczyli wszystkie dokumenty»

Jeżeli stróżów oficjalnej wersji holokaustu zapytać, dlaczego brak dokumentów, potwierdzających zabijanie Żydów, ci odpowiedzą, że Niemcy zawczasu zniszczyli wszystkie dokumenty. To samo twierdzi jeszcze jeden «świadek koronny», Brazylijczyk z pochodzenia, esesman Pery Broad, który ułożył w brytyjskim więzieniu wyczerpujące sprawozdanie o masowych mordach w Oświęcimiu. Na ostatniej stronie jego «Wspomnień» można przeczytać (13): «We wszystkich pomieszczeniach służbowych Oświęcimia płonęły stosy teczek z dokumentami, a zabudowania, które służyły do największych w historii masowych mordów, zostały wysadzone w powietrze (…)».
Broada zwolniono jeszcze w 1947 r. (14), mimo że Brytyjczycy mieli zamiar wciągnąć go na stryczek lub rozstrzelać, ponieważ każdy kto walczył po stronie Niemiec, a w szczególności esesman, był poza prawem. Jest sprawą w pełni oczywistą , iż wczesne zwolnienie było zapłatą za «Wspomnienia», które stały się ważnym wkładem do scementowania wówczas dopiero jeszcze tworzonego obrazu «ostatecznego rozwiązania».
Jednak żadnych «stosów teczek z dokumentami» w Oświęcimiu nie było, albowiem w tym «największym obozie zagłady» zachowała się ogromna ilość dokumentów. W archiwum specjalnym w Moskwie (15) znajduje się do 90 tys. stron dokumentów Wydziału Budownictwa, tj. tej organizacji, która się zajmowała budową krematoriów, jak również, według oświadczeń «ekspertów», KG, znajdujących się w krematoriach.
Podczas dłuższych wyjazdów do Moskwy w 1995 roku autor we współpracy z naukowcem Carlo Mattogno przestudiował wszystkie 90 tys. stron tych dokumentów. Jedna ich część, 20 tys. stron, składa się ze sporządzonych przez Niemców kopii innych dokumentów, pozostałe 70 tys. – to są oryginalne dokumenty (16). I żaden z nich nie zawiera żadnego dowodu zabijania przy pomocy gazu. Nas to wcale nie zdziwiło, gdyby bowiem istniały takie dokumenty, zostałyby one już dawno triumfalnie zaprezentowane całemu światu. W tym archiwum pracowali również Pressac oraz brytyjski Żyd Gerald Fleming i obydwaj nie znaleźli żadnego dowodu na istnienie KG.
Odpowiedź, jakoby Niemcy powybierali wszystkie demaskujące ich dokumenty i je zniszczyli, jest bardzo naiwna. Wyobraźmy sobie następującą sytuację: jesień 1944 r., do Oświęcimia lada chwila ma wejść Armia Czerwona, nagle komendant Richard Baer wydaje rozkaz: «Rozsortujcie wszystkie dokumenty, wybierzcie te spośród nich, gdzie jest mowa o zabijaniu Żydów gazem i je zniszczcie! Resztę dokumentów zostawcie, niech sobie leżą!» – Czy można coś takiego sobie wyobrazić?
Jest sprawą oczywistą, że Niemcy po prostu rzucili wszystkie dokumenty w tym miejscu gdzie one były. Im do głowy nawet nie przyszło, że te dokumenty mogą im coś złego udowodnić!
I w Oświęcimskim muzeum, i w innych archiwach leżą dokumenty z Oświęcimia. Ogólna ich liczba sięga gdzieś 120-150 tysięcy. I żaden z nich nie zawiera ani jednego słówka o zagazowaniu chociaż by jednego Żyda.

E. Dokumenty, sprzeczne z wersją o eksterminacji

Sprawy holokaustników wyglądają jeszcze gorzej, ponieważ istnieje mnóstwo dokumentów, obalających oficjalną wersję holokaustu.

F. Tricki zwolenników teorii eksterminacji

Zwykle historyk, który zajmuje się tym czy innym okresem dziejów, zbiera dotyczące tego okresu dokumenty, ocenia je, a następnie, w oparciu o nie, buduje swoje hipotezy. W wypadku «holokaustu» jego rzecznicy postępują w sposób wprost przeciwny. Wychodzą oni z założenia, że naziści zabili gazem 6 mln Żydów, a następnie usiłują podciągnąć pod ten aksjomat dokumenty. Przy tym, oczywiście, muszą oni zadawać gwałt tym dokumentom, bo w nich nic się nie mówi ani o wykorzenieniu Żydów, ani o KG. Nierzadko próbuje się zaradzić sprawie, tworząc fałszywe lub na wpół fałszywe dokumenty. Rozpatrzmy szereg przykładów.

G. Fałszywe dokumenty i dokumenty o wątpliwej autentyczności

Protokoły Wannsejskie

Przez dziesiątki lat twierdzi się, że na Wannsejskiej konferencji w Berlinie 20 stycznia 1942 r. podjęta została decyzja o wytępieniu Żydów. Podczas czytania jej protokołów (17) okazuje się, że w nich o żadnej fizycznej zagładzie Żydów, a już tym bardziej o KG nie powiedziano ani słowa w jakimkolwiek sensie, jedynie o «ewakuacji» i «wysiedleniu». Ortodoksyjni historycy radzą tu sobie przy pomocy twierdzenia, że niby to poprzez te słowa zaszyfrowano wyraz «wytępienie». W ten sposób, protokołom przypisuje się sens, którego one nie posiadają.
No, a gdyby go nawet posiadały, gdzie jest choćby jeden dowód na to, że ten sens został wcielony w życie?
Ale sprawa polega na tym, że nawet istniejące protokoły – są topornie sfabrykowanym falsyfikatem, co udowodnił Johannes P. Ney (18). Podróbkę zdradza sama ich treść – na przykład, podaje się w nich absurdalną liczbę Żydów, rzekomo mieszkających wówczas w Europie – jak również szereg formalnych niezgodności (podane są przykłady).
Zresztą nawet sami eksterminacjoniści odrzucają wannsejski «trop». W «Kanadyjskich Wiadomościach Żydowskich» (20 stycznia 1992 r.) Yehuda Bauer nazywa ten «dokument», o którym mówi się jak o pewniku na każdej konferencji na temat «holokaustu», «głupią historią» (silly story). Nie mniej jednak, cały klan historyków, niczym papugi, co pewien czas powtarzają takie «głupie historie». We wszystkich podręcznikach roi się od nich.

Dokumenty od 28 czerwca 1943 r. o wydajności krematorium w Oświęcimiu

Żeby udowodnić bajeczną wydajność Oświęcimia, eksterminacjoniści niestrudzenie cytują list, rzekomo napisany przez kierownika wydziału budownictwa o Oświęcimiu Bischofa do swego szefa, brigadenführera SS Kammlera (19), w którym to liście wydajność krematoriów Oświęcimia i Birkenau wygląda w sposób następujący:
– krematorium I: 340 osób,
– krematoria II i III: po 1440 osób,
– krematoria IV i V: po 768 osób.
Tu przede wszystkim rzuca się w oczy niezwykłe, nie po niemiecku brzmiące słowo «osoba». Ale o wiele bardziej znamienna jest treść listu.
Jeśli wierzyć danym, przytaczanym w literaturze na temat holokaustu – na przykład we wzorcowej książce Hilberga (20) – krematorium I główne w Oświęcimiu miało 6 mufli, krematoria II i III w Brzezince – po 15 mufli każde, krematoria zaś IV i V (również w Brzezince) – po 8 mufli. W sumie wychodzi 52 mufle. W naszych czasach, we współczesnych krematoriach spalanie jednego trupa w mufli trwa od 1 do 1,5 godziny. Jeśli w 52 muflach spalać 4756 trupów dziennie, wtedy na każdą muflę przypadnie po 91,5 trupów dziennie i w ten sposób wydajność krematoriów w Oświęcimiu musiała być 4-krotnie wyższa, niż współczesnych! A to oznacza, że albo w Oświęcimiu zostały zniesione prawa termotechniki, albo wymieniony list jest falsyfikatem (sporządzonym prawdopodobnie przez komunistów). Niezbity dowód nieautentyczności listu podaje Carlo Mattogno (21).

Zamówienie na dostarczenie analizatorów gazów

Ostateczny dowód zabijania Żydów gazem Pressac upatruje w oficjalnym liście firmy budowlanej «Topf i synowie» do Głównego Zarządu Budownictwa w Oświęcimiu. Tym listem firma potwierdza otrzymanie zamówienia na 10 analizatorów gazowych.
Nawet jeśli nie będziemy poruszać sprawy poważnych obiekcji co do autentyczności listu (22), należy stwierdzić, że zamówienie analizatorów gazów dla obozu, gdzie za pomocą gazu codziennie prowadzono dezynfekcję, jest zjawiskiem całkiem normalnym. Przyrządy te służyły do mierzenia koncentracji kwasu cyjanowodorowego w insektycydzie. W jednej z instrukcji za 1942 r., dotyczącej stosowania środka owadobójczego, wspomina się analizatory gazów przynajmniej 6 razy (23). W ten sposób list ten, nawet jeżeli jest autentyczny, nie posiada żadnej siły dowodu.

Dokumenty o «ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej» i o «traktowaniu specjalnym»

W całym szeregu niemieckich dokumentów z okresu wojny pojawia się określenie «ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej». Tak, na przykład, Göring 31 lipca 1941 r. powierzył Heydrichowi «uzgodnienie wszystkich potrzebnych organizacyjnych i materialnych przygotowań do powszechnego rozwiązania kwestii żydowskiej we wszystkich regionach Europy, znajdujących się w strefie wpływów niemieckich». Później Heydrichowi poleca się przedstawić «ogólny szkic organizacyjnych, materialnych i praktycznych warunków wstępnych, które by umożliwiły realizację pożądanego ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej» (24).
Eksterminacjoniści niemal do zupełnego wyczerpania cytują ten list, twierdząc, że Göring poleca w nim Heydrichowi zorganizować wszystko potrzebne do ludobójstwa.
Co NS rozumieli pod «ostatecznym rozwiązaniem kwestii żydowskiej», wynika z ich dokumentów: jeśli będzie potrzeba, to przymusowe wysiedlenie wszystkich Żydów z Europy. Pierwotnie jako miejsce przesiedlenia Żydów wybrano wyspę Madagaskar (zob. notatkę w dzienniku Goebbelsa od 7.03.1942), jednak wykonanie tego planu okazało się niemożliwym. Po podboju dużych obszarów na wschodzie miejsce na ich chociażby czasowe osiedlenie wybrano właśnie tam. Fakt, że znaczna ilość Żydów została wysłana do Białorusi i krajów nadbałtyckich, uznają również eksterminacjoniści (25). Jest rzeczą wprost śmieszną ogłaszanie takiej deportacji «wyniszczeniem», bo po co trzeba było wieźć Żydów, mimo 6 działających na pełnej mocy obozów, dalej, do Białorusi i krajów bałtyckich, skoro postanowiono ich wytępić?
W swojej, napisanej z dużą ostrożnością, książce «Druga niewola babilońska» Steffen Werner zebrał szereg pośrednich dowodów na to, że rzeczywiście wielka liczba Żydów została wywieziona do Białorusi i tam rozsiedlona (26). To, że Oświęcim służył jako obóz tranzytowy dla wysyłanych na Wschód i dlatego nie rejestrowanych Żydów, których eksterminacjoniści ogłosili wyniszczonymi, udowodnił hiszpański badacz Enrique Aynat (27).
Całkiem jednoznacznie charakter niemieckiej polityki względem Żydów staje się widoczny z memorandum, podpisanego przez urzędnika Ministerstwa Spraw Zagranicznych Marcina Lutra 21 sierpnia 1942 r. (28): «Na podstawie przytoczonej wskazówki Wodza (o wysiedleniu Żydów) rozpoczęto ewakuację Żydów z terenu Niemiec. Dotyczy to w równym stopniu także żydowskich obywateli innych krajów. (…) Ilość wysyłanych w ten sposób na Wschód Żydów jest niewystarczająca, żeby zaspokoić istniejącą potrzebę w sile roboczej. Kierownik Urzędu Bezpieczeństwa Państwowego wydał polecenie dla (…) MSW żeby prosić rząd Słowacji o dostarczenie 20 tys. młodych mocnych słowackich Żydów dla wysłania na Wschód».
Jako dowód na wykorzenienie Żydów w literaturze o holokauście często są przytaczane dokumenty, w których używa się słów z przyrostkiem «sonder» (osobliwy, specjalny) – «posunięcie specjalne», «traktowanie specjalne» itd. Takie pojęcia mogły być, rzecz oczywista, używane również na określenie straceń (29), tu jednak należy wyjaśniać sprawy konkretnie. Na przykład, Pressac w swej drugiej książce pisze, że pojęcie «akcja specjalna» zostało użyte w Oświęcimiu na określenie dochodzenia politycznego w sprawie ustalenia przyczyn strajku robotników w obozie (30) – a więc w obozie zagłady strajkowano! Następnie Pressac cytuje rozkaz SS o «posunięciach specjalnych» w celu polepszenia stanu sanitarnego w obozie Birkenau (31). Tak więc, «posunięcia specjalne» miały tam charakter przedłużający życie, nie zaś życie skracający.

List o piwnicy dla uśmiercania gazem

Chyba każda praca na temat holokaustu zawiera wskazówkę na list, który kierownik Wydziału Budownictwa w Oświęcimiu wysłał 29 stycznia 1943 r. do swego szefa w Berlinie Kammlera. Jest w nim takie miejsce (32): «Krematorium II, na wybudowanie którego zostały rzucone wszystkie siły, mimo ogromnych trudności i zimnej pogody, jest wykończone (…) żelbetonowy strop dla trupów wskutek działania zimna na razie nie jest jeszcze gotowy. Ale to jest nieistotne, ponieważ można korzystać z piwnicy fumigacyjnej». (Słowo «Vergasung» ma szereg znaczeń: gazyfikacja, zgazowanie, doprowadzenie do stanu lotnego, karburacja, fumigacja, tj. okadzanie w przypadku zwalczania insektów. Na ostatnim miejscu w słownikach stoi: «uśmiercanie gazem»).
Tę przewidzianą w planie budowlanym «piwnicę 1 na trupy» w krematorium II eksterminacjoniści uważają tylko za KG. «Piwnica 2 na trupy» wykonywałaby w takim wypadku funkcję pomieszczenia, gdzie skazani na śmierć się rozbierali.
Wytłumaczenia, jakie przypisywali temu listowi do ostatniego czasu rewizjoniści, nie są przekonywujące (na przykład że tam przechowywano Cyklon B). Rozwiązać to zagadnienie udało się autorowi we współpracy z Carlo Mattogno w 1995 r. w Moskwie. W krematorium II planowano instalację urządzenia do przeprowadzania dezynfekcji (podaje się zdjęcie). Wówczas, pod koniec 1942 r. – na początku 1943 r. w Oświęcimiu szczególnie mocno szalał tyfus i pomieszczeń do rozładowywania trupów ciągle brakowało. Łatwo zrozumieć, że w takim wypadku trupy zaczęto układać w kamerach szczątkowej wentylacji, a takim właśnie pomieszczeniem była piwnica na trupy w krematorium.
Sądzę, że istniało sporo dokumentacji na temat kamery dezynfekcji w krematorium II, lecz radzieccy urzędnicy powybierali ją przy przeglądaniu teczek, na ile stała ona w sprzeczności z oficjalnie przyjętą wersją. Dokumenty, znalezione przez nas w archiwum, pozostały w takim wypadku przez niedopatrzenie cenzorów. Do tego jeszcze wrócimy.

Przypisy

1) Hilberg, l.c., Einleitung.
2) André Chelain, «Faut-il fusiller Henri Roques?», Polemiques, Ogmios Diffusion, 1986; skrótowa wersja niemiecka «Die Gestandnisse des Kurt Gerstein», Drüffel, 1986.
3) Filip Müller, «Sonderbehandlung», Steinhausen, 1979.
4) Po bitwie pod Sedanem Niemcy próbowali spalić w dołach ciała poległych. Złożyli oni trzy warstwy trupów do wspólnej mogiły, oblali smołą i podpalili. Górna warstwa tylko się zwęgliła, z dwoma zaś pozostałymi w ogóle nic się nie działo (Harald Fröhlich, «Zur Gesundheitspflege auf den Schlachtfeldern», Deutsche Militararztliche Zeitschrift, I, 1-4, 1872, S. 109/110, cytuje się według Carlo Mattogno, «Auschwitz. The end of a legend», IHR, 1994, s. 19).
5) Por. Mattogno w Gauss, «Grundlagen…» (l.c.), s. 318 nn.
6) «Newsday», Long Island, New York, 23 February 1983, cytuje się według Robert Faurisson, «Mon exrerience du révisionnisme», w: Annales d’histoire révisionniste, nr 8, s. 31/32.
7) Jean-Claude Pressac, «Les crématoires d’Auschwitz», CNRS, 1993, niemieckie wydznie: «Die Krematorien von Auschwitz», Piper, 1994.
8) Jean-Claude Pressac, «Auschwitz. Technique and operation of the gas chambers», Beate Klarsfeld Foundation, New York, 1989.
9) Pressac, «Les crématoires…», s. 80.
10) Ibidem, s. 70/71.
11) Robert Faurisson w Revue d’histoire révisionniste, nr 3, oraz R. Faurisson, «Response a Jean-Claude Pressac», R.H.R., 1993; Carlo Mattogno, «Auschwitz. The end of a legend», l.c.
12) Opatrzona wprowadzeniem E. Gaussa, ukazała się na początku 1996 r. książka przeciwko Pressacowi pod tytułem «Nackte Fakten», Vrij Historisch Onderzoek, Postbus 60, 2600 Berchem, Belgien.
13) Pery Broad, «Erinnerungen». W zbiorze «Auschwitz in den Augen der SS», Krajowa Agensja Wydawnicza, Katowice, 1981, s. 195.
14) Eugen Kogon/Hermann Langbein/Adalbert Rückerl, «Nationalsozialistische Massentötungen durch Giftgas», Fischer Taschenbuch, 1983, s. 197.
15) Centralne Państwowe Archiwum Specjalne znajduje się w Moskwie na ulicy Wyborgskiej (w pobliżu stacji metra «Stadion wodny»).
16) Dokumenty, znalezione przez Mattogno i nas w Centralnym Państwowym Archiwum Specjalnym, zostaną opublikowane w dwutomowym wydaniu Mattogno o krematoriach i «komorach gazowych» w Oświęcimiu. Ukazanie się 1-go tomu jest przewidziane na drugą połowę 1996, 2-go tomu na 1997 lub 1998 rok.
17) (Domniemany) protokół konferencji w Wannsee został przeanalizowany m. in. w książkach: Wilhelm Staglich, «Der Auschwitz-Mythos» (Grabert, 1979), s. 39 nn. oraz Gauss, «Grundlagen…» (l.c.), s. 182 nn.
18) Por. np. Staglich, «Der Auschwitz-Mythos», l.c., s. 38 nn.; Walendy w «Historische Tatsachen» (l.c.), nr 35; Ingrid Weckert w «Deutschland in Geschichte und Gegenwart», nr 40 (1992); Johannes P. Ney w Gauss, «Grundlagen…» (l.c.), s. 169 nn.
19) Ten dokument jest wspomniany, na przykład, w książce Brigitte Bailer-Galanda/Wolfgang Benz/Wolfgang Neugebauer (wyd.), «Wahrheit und Auschwitzlüge», Deuticke, 1995, s. 71.
20) Hilberg, l.c., s. 946.
21) Mattogno w Gauss, «Grundlagen…», l.c., s. 300 nn.
22) Walter Rademacher w Gauss, «Grundlagen…», l.c., s. 55 nn.
23) Dokument norymberski NI-9912, jest przytaczany, m. in., w książce «Auszhwitz. Nackte Fakten», l.c.
24) Dokument norymberski NG-2586/PS-710.
25) Patrz np. Reitlinger, l.c., s. 100 nn.
26) Steffen Werner, «Die zweite babylonische Gefangenschaft», Grabert, 1992.
27) Enrique Aynat, «Estudios sobre el holocausto», Graficas Hurtado, 1994.
28) Dokument norymberski NG-2586.
29) Tego przykład podają Kogon/Langbein/Rückerl na s. 17.
30) Pressac, «Les crématoires…», s. 63/ «Die Krematorien von Auschwitz», s. XXX.
31) Pressac, «Les crématoires…», s. 82/ «Die Krematorien von Auschwitz», s. XXX.
32) Ten dokument cytuje się, na przykład, w Kogon/Langbein/Rückerl, l.c., s. 220.

VIII. Świadkowie «komór gazowych» Oświęcimia (część 1)

A. Punkt wyjścia

Temu, kogo niepokoi problem holokaustu, można usilnie poradzić zwiedzić Oświęcim. Natychmiast rzucą mu się w oczy różnego rodzaju niedorzeczności: za szybami wystaw wznoszą się góry z kobiecych włosów, «które należały do zabitych gazem»; wszystkie one mają przeważnie popielaty kolor i mocno przypominają len albo konopię. Stosy obuwia mają udowadniać fakt masowych mordów, chociaż udowadniają one jedynie to, że ktoś je tu zgromadził (1). Szczególniejsze zaś wrażenie pozostawiają do absurdalności małe pomieszczenia, w których ponoć zostało zabitych i spalonych, zdaniem «historyków», ni to 9 mln, ni to 470 tys. ludzi.
Eksterminacjoniści wskazują na następujące pomieszczenia, które służyły do zatruwania gazem:
– sala na trupy w krematorium obozu głównego;
– dwa przebudowane na KG chłopskie domy w 3 km od obozu głównego;
– tak zwane «piwnice na trupy» w krematoriach II oraz III;
– kilka pomieszczeń bez osobnej nazwy w krematoriach IV oraz V.
W KG obozu głównego (według Pressaca) na początku 1942 r. zostało zgładzonych około 10 tys. ludzi (2). Od wiosny 1942 r. po wiosnę 1943 r. morderstw dokonywano w chłopskich chatach oraz w bunkrach 1 i 2. Od wiosny 1943 r. gazem zabijano w krematoriach Birkenau, krematorium II – jest głównym miejscem zabijania w Trzeciej Rzeszy.
Jak już mówiliśmy, potwierdzić tego nie ma czym – nie ma ani jednego dokumentu, ani jednego faktycznego dowodu. Dlatego, jako ostatni koronny dowód eksterminacjonistów, pozostają świadkowie. W naszej książce «Oświęcim. Zeznania sprawców i naocznych świadków holokaustu» (3) rozpatrzyliśmy 30 głównych świadectw. Taką pracę już parę dziesiątków lat temu musiałby wykonać zastęp oficjalnych historyków, ależ nie, oni pozostawiają ten trud rewizjonistom.

B. Niektóre fakty techniczne oraz przyrodnicze, czyniące zeznania świadków nieprawdopodobnymi

Jeśli oglądnąć zeznania świadków pod szkłem powiększającym, natychmiast z łatwością zauważymy, iż zawierają one rzeczy, niemożliwe z punktu widzenia techniki oraz praw natury. Oto są niektóre spośród mnóstwa niedorzeczności:
1. Błękitna mgła ponad trupami. Na frankfurckim procesie (1963-65) w sprawie Oświęcimia przed sądem stanął jako szczególnie wiarygodny świadek kierowca z SS, Richard Böck. Ten złożył następujące zeznania (4): «Wkrótce po tym (czyli po zatruciu) drzwi, za którymi zostali zabici więźniowie, otwierały się i można było widzieć niebieską mgłę, która wisiała nad olbrzymim stosem trupów».
Böck w żaden sposób nie mógł widzieć «niebieskiej mgły», ponieważ kwas cyjanowodorowy jest absolutnie bezbarwny. Jego nazwa (Blausäure) pochodzi od niebieskiego (blau) koloru barwnika, który się tworzy na skutek połączenia cyjanowodoru z żelazem.
2. Błękitny kolor ofiar. Milton Buki, który «przeżył holokaust», powiadamia (5): «2 minuty po tym, jak otwierały się drzwi, rozkazywano nam sprzątnąć trupy, i ładowaliśmy je na wózki. Trupy były gołe i niektóre pokryte niebieskimi plamami».
Kwas cyjanowodorowy blokuje dostęp tlenu do komórek. Zawarta we krwi hemoglobina nie może wtedy dostarczać tlenu do komórek, sama krew przesyca się tlenem, co prowadzi do poczerwienienia skóry (6). Buki był członkiem drużyny specjalnej w Oświęcimiu od grudnia 1942 r. Przypuśćmy, że drużyny specjalne rzeczywiście wynosiły trupy z KG, wtedy Buki miał dosyć czasu (aż do października 1944 r.) ażeby się rozejrzeć, iż zatruci kwasem cyjanowodorowym mają czerwony kolor; ależ nie, on mówi o kolorze niebieskim. To samo twierdzi również ulubiony świadek Hilberga, Filip Müller (7), który spędził w drużynie specjalnej około 3 lat. Jest rzeczą pewną, że ani Buki, ani Müller nigdy nie widzieli trupów ludzi zatrutych cyjanowodorem.
3. Nieprawdopodobna ilość ofiar, przypadających na 1 m. kw. KG. Według zeznań kluczowego świadka Hössa, do KG krematorium II o powierzchni 210 m. kw. wpychano po 2 tys. ofiar (9), według kluczowego świadka Vrby – po 3 tys. (10), według kluczowego świadka Broada – nawet po 4 tys. Przy tym stosowano walec parowy i w ten sposób naziści oszczędzali Cyklon B.
4. Płomień buchał z kominów krematorium. Henryk Tauber, ulubiony świadek Pressaca, opowiada taką historię (11): «Zwykle spalaliśmy po 4-5 trupów w jednej mufli, ale często nawet więcej (…) Sporo trupów spalaliśmy za każdym razem bez pozwolenia administracji krematorium podczas alarmu lotniczego, żeby za pomocą ogromnego słupa ognia, który buchał wtedy z kominów, przyciągnąć uwagę pilotów».
Walter Luftl, były prezes Izby Inżynierskiej Austrii, a jednocześnie ekspert sądowo-medyczny na wielu procesach, w związku z tym zauważył (12): «Koks pali się krótkim płomieniem, który w żaden sposób nie może się wydostać z przestrzeni palenia się. Pomiędzy piecem a kominem znajduje się jeszcze kanał do odprowadzania gazu, przewód kominowy. Dopiero potem zaczyna się komin. A jeśli palący się krótkim płomieniem materiał mocno załadować, wtedy narusza to reżim temperatury i palenie się w ogóle nie następuje».
5. Nieprawdopodobnie wielka ilość trupów, spalanych w jednej mufli. Jeszcze gęściej, niż Tauber, łże członek drużyny specjalnej Szmul Feinzilberg (13): «Były trzy piece, w każdym po dwoje drzwiczek. Do każdych drzwiczek można było przecisnąć po 12 trupów».
Mufle mają rozmiar 200´70´80 cm. Niełatwo jest rozmieścić w takiej przestrzeni 12 trupów nawet liliputów.
6. Spalanie trupów bez substancji palnej. Również tutaj dajemy słowo koronnemu świadkowi Pressaca Tauberowi (14): «Kiedy kremacje następują jedna po drugiej, wtedy spalanie w piecach dokonuje się na skutek palenia się samych trupów. Dlatego często nie używało się paliwa przy spalaniu tłustych trupów».
Trupy składają się niemal w 90% z wody i tylko w opowiadaniach «tych, co przeżyli holokaust» płoną same przez się!
7. Palenie trupów w dołach. Tę bajkę spotyka się u wielu świadków. Oto co mówi członek sonderkomanda Szlama Dragon (15): «Po przeciwnej stronie budynku były wykopane 4 doły, długie na 30 m, szerokie na 7 m i głębokie na 3 m. (…) Najpierw na dno dołu kładziono wielkie polana, potem mniejsze, na krzyż, a z wierzchu – suche gałęzie. Po tym, jak wszystkie trupy z budynku zostały przeniesione do dołu, polewano je z czerpaków naftą po czterech rogach i podpalano; a jeszcze tam rzucano kawałki gumy».
Z powodu niewystarczającego dopływu tlenu do dołu trupy w nim palić się nie będą (16). Zaznaczmy jeszcze, że stosy układa się inaczej, nie na opak, jak chce Dragon. Płomień rozpala się z tym wypadku, jeśli pręty i drobne drwa leżą na dole. Ułożona przez Dragona kupa nigdy się nie zapali, ponieważ leżące z wierzchu pręty zapalą się pierwsze i nie przepuszczą ognia w dół. Od początku dziejów trupy spalano wyłącznie na powierzchni ziemi.
8. Stosowanie przy paleniu trupów wytapiającego się z nich tłuszczu. Temu tematowi do powieści horrorów najwyższy wyraz nadał Filip Müller (17), a pojawia się on również u wielu innych, którzy «przeżyli holokaust», lecz zawsze w ten sposób, że przepisują go po prostu jeden od drugiego. W 1995 r. ukazała się książka izraelskiego «naukowca» Gideona Greifa o sonderkomandach (18). Wystarczy tylko ją otworzyć i pierwsze, co wychodzi na jaw, to demencja autora, mówiącego o wytapianiu tłuszczu z trupów.
9. Wykorzystywanie metanolu jako substancji palnej. W krakowskim więzieniu komendant Oświęcimia Höss pisał (19): «Trupy polewano najpierw osadem naftowym, później metanolem». Tak samo «ofiary» Filipa Müllera (20), również u «sprawcy» Pery Broada napotykamy prostoduszną historię o metanolu (21). Inżynier Walter Luftl pewnego razu próbował przy pomocy metanolu spalić martwego wróbla. Metanolu on nie żałował, lecz spalić wróbla mimo wszystko nie dał rady.

C. Cztery główne niedorzeczności w zeznaniach świadków

Każdy, kto je pozna, straci resztki zaufania.

a) Nieprawdopodobnie krótki czas kremacji

W krematorium Bazela spalanie jednego ciała trwa blisko godzinę (22), we Frieburgu – 1,5 godziny. Jeśli uwierzymy naszym świadkom, to w Oświęcimiu – jak to twierdzi D. Paisikovic – 4 minuty (23). Super-świadek Miklós Nyiszli, którego bestseller ukazał się w czterech językach i cztery razy został ponowiony, poświadcza, że w 46 muflach krematorium w Brzezince codziennie przerabiano po 20 tysięcy ciał (24) (według tegoż samego Nyiszli 20 tys. Żydów dziennie gazowano oraz 5-6 tys. rozstrzeliwano lub palono żywcem). W takim układzie na każdą muflę przypada po 435 ciał dziennie, i proces kremacji ma przebiegać 18 razy szybciej niż we współczesnych krematoriach. Powściągliwiej wypowiada się Höss (25). Według niego na jedną muflę przypadało po 133 ciała, czyli 5 razy więcej niż w 1996 r. Carlo Mattogno pisze na ten temat (26): «Świadkowie chcą nam zasugerować, że krematoria Oświęcimia-Brzezinki były wyjęte z pod praw natury, były diabelskimi wynalazkami, a więc były niezależne od praw chemii, fizyki, termodynamiki. Historycy postanowili ślepo zawierzyć zeznaniom świadków i okazali się niemiłosiernie oszukani».

b) Podawanie cyklonu przez nieistniejące otwory

W KG krematorium II w Brzezince rzekomo została zabita większa część Żydów i o tej komorze istnieje wyjątkowo dużo zeznań świadków. Zawarto w nich kilka wersji podawania gazu do komory, opisanych przez «naocznych świadków», i wszystkie one są nieprawdopodobne.
Wersja 1: cyklon podawano przez główki pryszniców. W stylu baśni ludowych ten sposób został opisany w książce Spritzer (27). Sposób ten jest na tyle głupi, że nie uznaje go nawet oficjalna historiografia. Grudki cyklonu miały być zakładane do główek pryszniców i przez kontakt z powietrzem gaz się z nich ulatniał i przenikał przez sitka na zewnątrz.
Wersja 2. Zawdzięczamy ją Zofii Kossak (28): «Dał się słyszeć przeraźliwy dźwięk i natychmiast przez otwory w posadzce zaczynał przenikać gaz. Z balkonu, z którego były widoczne drzwi, esesmani z zadowoleniem obserwowali walkę ze śmiercią i przerażenie, które przeżywali skazańcy. Dla nich, sadystów, było to przedstawienie, którego oglądanie im się nigdy nie nudziło. Walka ze śmiercią trwała 10–15 minut… Personel spiesznie ładował ciała na wywrotki, inni czekali. I wtedy zdarzało się, że martwi ożywali. Dawka gazu była za mała. Ona tylko odurzała, ale nie uśmiercała. Zdarzało się że niektórzy już na wywrotce odzyskiwali przytomność… Szybko podprowadzano ich do paleniska pieca i razem ze wszystkimi zrzucano do ognia».
Od razu należy zauważyć, że piece znajdowały się wyżej od KG i dlatego «zrzucić» cokolwiek do pieca było niemożliwe. Po drugie, nie było tam żadnego balkonu, z którego można by było zaglądać do KG. Po czwarte, martwi nie mają zwyczaju powracać do życia. I nareszcie po czwarte, w posadzce kostnicy nie mogło być jakichkolwiek otworów, albowiem położona ona jest bezpośrednio na gruncie, o czym może się przekonać każdy zwiedzający.
Wersja 3. Zawdzięczamy ją słowackiemu Żydowi Rudolfowi Vrbie (29): «Esesmanowi, stojącemu na dachu krematorium, podawano komendę. Ten podnosił okrągłą przykrywę i wysypywał na głowy ofiar kulki». W tym okresie, o którym mówi Vrba, w suficie piwnicy nie było żadnych otworów, ani zamkniętych, ani otwartych. Jak z całą oczywistością wykazała ekspertyza Germara Rudolfa (30), istniejące obecnie otwory w suficie zostały całkiem po partacku wykonane przez radzieckich albo polskich komunistów już po wysadzeniu krematorium w powietrze, żeby później można było ogłupiać ludzi opowiadaniami o wrzucaniu przez nie cyklonu. Otwory te mają nierówny kształt i są nieprawdopodobnie duże (przez nie potrafi się przecisnąć szczupły mężczyzna). Metalowe obramowanie tych dziurek zostało po prostu dorobione od spodu. Otwory nie mają żadnych śladów powybuchowych (rysek, wybić) (31).
Wersja 4 pochodzi od Henryka Taubera (32): «Sufit KG spoczywał na betonowych filarach, usytuowanych po środku podłużnych ścian. Obok każdego filara znajdowały się jeszcze dwa inne. Przechodziły one przez sufit na zewnątrz i były pokryte grubą siatką. Pod górną siatką znajdowała się następna, cieńsza, a pod nią jeszcze jedna. Wewnątrz najcieńszej siatki były umieszczone pudełeczka, które za pomocą drutu szarpano do góry i wtedy z nich sypały się kulki, a z kulek ulatniał się gaz».
gaz ulatniał się z granulek przez ponad dwie godziny; jak wobec tego udałoby się uniknąć niebezpieczeństwa dla personelu, sprzątającego trupy? Przecież część granulek mogła być przygnieciona przez nie i zawierać gaz, który nie zdążył się ulotnić. I znów: w suficie piwnicy nie było otworów.
W krematorium 1 zasadniczego obozu, który odwiedza znacznie więcej turystów niż ruiny krematoriów w Brzezince, cyklon też musiał być sypany przez sufit, ale, jak wyznają pracownicy muzeum, dawniej w suficie żadnych otworów nie było (33).
«Ani dziurek, ani holokaustu» (Faurisson).

c) Wentylacja «komór gazowych» po gazowaniu

W Oświęcimiu do niszczenia insektów używano insektycydu cyklon B w granulkach. Według danych firmy–producenta, przy pokojowej temperaturze granulki wydzielały gaz przez mniej więcej 2 godziny; przy niższej temperaturze – dłużej (34). Gdyby istniała skuteczna wentylacja – a była ona tylko w komorze dezynfekcji, nie zaś w KG (35) – wtedy otwierać komory można by było nie wcześniej niż po dwóch godzinach.
Tylko jedno świadectwo mówi, że czas od podania gazu do sprzątania «komory śmierci» był «długi» (36). Jest to zeznanie Hössa, który twierdzi, że śmierć od gazu była natychmiastowa (37); jednak oprócz niego nikt więcej o czymś takim nie mówi. Fałszywość wspomnianego zeznania udowodnił Carlo Mattogno (38).
Rozbieżność w relacjach świadków co do czasu od podania cyklonu do skonania ofiar mieści się w granicach od «natychmiast» do 20 min. Ponieważ gaz ulatniał się przez około 2 godzin, to nawet przy użyciu niewyobrażalnej ilości granulek «natychmiastowa» śmierć nie jest możliwa; zatrzymajmy się wobec tego na 20 min. Czas od rozpoczęcia egzekucji do wynoszenia ciał trwał według zeznań świadków co najwyżej 50 min (39).
Przytoczymy jeden szczególnie charakterystyczny przykład. Dr Karol Bendel, rumuńsko–francuski lekarz mojżeszowego wyznania, w czasie prowadzonej przez Brytyjczyków w 1946 r. rozprawy sądowej, która doprowadziła do powieszenia dwóch niewinnych ludzi, zeznawał: «Około godziny dwunastej przybył nowy transport z 800–1000 osób… Otworzyły się drzwi (krematorium IV) i ludzi wepchnięto do KG. Jej sufit był tak niski iż wydawał się leżeć na głowach… Było słychać krzyki i stęki, tłuczenie się o ściany. To trwało dwie minuty, po czym zapanowała cisza. Po pięciu minutach drzwi się otwarły, ale jeszcze przez 20 min. do komory nie można było wejść. Następnie drużyna specjalna (Sonderkommando) przystąpiła do pracy. Kiedy drzwi otworzono, część trupów wywaliła się na zewnątrz, tak ściśle była wypełniona komora. Ciała były tak sprasowane jedno z drugim, iż prawie niemożliwością było je rozdzielić… Komu choć raz zdarzyło się zobaczyć KG o 1,5 m wysokości, wypełnioną ciałami, ten nigdy tego nie zapomni. Sonderkommando musiało jeszcze ciepłe, krwawiące ciała dosłownie wyrywać z komory. Ale jeszcze przed wrzuceniem ich do mogiły przychodzili cyrulik z dentystą, strzygli trupy i wyrywali im zęby… Ja nie mogłem poznać ludzi, którzy przed tym mieli wygląd człowieka. Oni – to diabły. Adwokat z Saloniki i elektroinżynier z Budapesztu – oni już nie są ludźmi. Podczas pracy (w KG) oni na dodatek bili wszystkich drewnianymi i gumowymi pałkami… Po półtorej godzinach pracy wszystko już było skończone i kolejny transport zapędzano do krematorium IV».
Ze swoim chorym mózgiem Bendel twierdzi co następuje:
— już 7 min. po tym jak z granulek zaczynał ulatniać się gaz, drzwi komory otwierano i gaz, naturalnie, szedł na korytarz, gdzie na koniec egzekucji czekali odporni na zatrucie kwasem cyjanowodorowym esesmani;
— po 20 minutach drużyna specjalna rzucała się bez masek gazowych – bo gdyby oni je włożyli, któż mógłby ujrzeć ich diabelskie oblicza?— do KG i zaczynali ostro pracować wśród wciąż stężających się w powietrzu (jeszcze przez półtorej godziny) oparów gazu;
— po tym jak Żydzi w wypchanej do oporu komorze umierali, «sprasowani jeden z drugim», wtedy oni padali w ten sposób, że w komorze o wysokości 1,5 m tworzyli stos trupów;
— 800–1000 trupów obrabiali jeden cyrulik i jeden dentysta. Całej operacji dokonywano w przeciągu 1,5 godziny, co oznacza, że przez 5400 sekund dentysta wyrywał (jeśli przyjmiemy, że każdemu brakowało czterech zębów) 22400 zębów — po 4 zęby na sekundę!
I ten właśnie Bendel jest uważany za najbardziej znaczącego świadka KG!

d) Praca bez masek gazowych w oparach kwasu cyjanowodorowego

Oprócz Bendla, również inni świadkowie opisują pracę w KG bez masek przeciwgazowych. Filip Müller swoje pierwsze wkroczenie do KG opisuje w ten sposób (41): «Mój wzrok padł na półotwartą torbę, w której zobaczyłem jedzenie, prawdopodobnie wydane na drogę. I wtedy ja udałem, że jedną ręką ciągnę trupa, drugą tymczasem zapuściłem do torby. Zgarnąłem tam kawał sera i pieróg z mięsem i, patrząc na drzwi, abym nie został zauważony, zacząłem swymi zbrukanymi krwią rękami rozłamywać pieróg i chciwie, niczym zwierz, połykać go».
Oczywiście, gdyby Müller miał na sobie maskę przeciwgazową, wtedy «chciwie, niczym zwierz» połknąć on by niczego nie mógł. Nawiasem mówiąc, niektórzy ze świadków twierdzą że ofiary przed gazowaniem rozbierano, aby pozostały w ubraniu cyklon nie zatruł Sonderkommando. Wypadałoby pomyśleć również o specjalnym ubraniu dla członków drużyny, bo przecież w czasie pracy musieli oni mocno się pocić, a wtedy niebezpieczeństwo kontaminacji (zakażenia) poprzez skórę znacznie wzrasta. A jednak o specjalnym ubraniu nie wspomina żaden ze świadków.

Przypisy

1) Ernst Gauss, «Vorlesungen über Zeitgeschichte», Grabert, 1993, s. 21.
2) Pressac, «Auschwitz. Technique…», l.c., s. 132.
3) Ukazała się w 1994 w Neue Visionen, Postfach 5436, Wurenlos.
4) Vernichtung des Zeugen Böck, Aktenzeichen 4 JS 444/59, Blätter 6878 ff.
5) Cytuje się według Pressac, «Auschwitz. Technique…», l.c., s.163.
6) Germar Rudolf, «Gutachten über die Bildung und Nachweisbarkeit von Cyanidverbindungen in den Gaskammern von Auschwitz», Cromwell Press, London, 1993, s. 111.
7) Filip Müller, l.c., s. 186.
8) Rudolf Höss, «Kommandant in Auscchwitz», wydawca Martin Broszat, dtv, 1983, s. 164. Höss pisze, że pomieszczenia dla gazowania mieściły po 3000 osób, ale w praktyce tej liczby nigdy nie osiągano. Dlatego zakładamy liczbę 2000 ofiar na jedną akcję, którą zawiera również wyznanie Hössa (NO–3868–PS).
9) Rudolf Vrba, «I cannot forgive», Bantam, 1964, s. 10.
10) Pery Broad, l.c., s. 180/181.
11) Cytuje się według Pressac, «Auschwitz. Technique…», l.c., s.489.
12) Walter Luftl, «Holocaust. Glaube und fakten», JHR, Winter 1992/1993, s. 391 nn.
13) «Hefte von Auschwitz», Sonderheft 1, «Handschriften von Mitgliedern des Sonderkommandos», państw. muzeum w Oświęcimiu, 1972, s. 43.
14) Tauber w książce Pressaca, por. przyp. 11.
15) Protokoły procesu R. Hössa, państw. muzeum w Oświęcimiu, tom XI, suplement 17.
16) Carlo Mattogno, «Auschwitz. The end…», l.c., s. 19.
17) Filip Müller, l.c., s. 207 nn.
18) Gideon Greif, «Wir weinten tränenlos», Bohlau Verlag, 1995.
19) Rudolf Höss, l.c., s. 161.
20) Filip Müller, l.c., s. 217.
21) Pery Broad, l.c., s. 177/178.
22) Ustna informacja, udzielona przez technika bazelskiego krematorium H.H. Jürgenowi Grafowi 10 lutego 1993 r.
23) Dov Paisikovic w: Leon Poliakov (wydawca), «Auschwitz», Rent Julliard, 1964, s. 159 nn.
24) Miklós Nyiszli, «Boncoloorvosa voltam az Auschwitz–I krematoriumban», Vilag, 1946, s. 38. Ostatnie jak dotychczas spośród mnóstwa niemieckich tłumaczeń Nyiszliego ukazało się w 1992 r. pod tytułem «Jenseits der Menschlichkeit» w wydawnictwie Dietz Verlag; p. naszą książkę «Auschwitz…», l.c., s. 203 nn.
25) Rudolf Höss, l.c., s. 164.
26) Carlo Mattogno w książce: Gauss, «Grundlagen…», l.c., s. 281.
27) Jenny Spritzer, «Ich war Nr. 10291. Als Sekretarin in Auschwitz», Rothenhausler Verlag, 1994, s. 67/68.
28) Zofia Kossack, «Du fond de l’abime, Seigneur», 1951, cytuje się według Robert Faurisson, «Réponse a Pierre Vidal Naquet», La Vieille Taupe, 1982, s. 58/59.
29) Rudolf Vrba, «I cannot forgive», Bantam, 1964, s. 11 nn.
30) Germar Rudolf, «Gutachten…», l.c., s. 255/256.
31) Miklós Nyiszli, «Im Jenseits der Menschlichkeit», por. przypis 24, s. 32 nn.
32) Tauber w: Pressac, por. przypis 11, s. 482 nn.
33) Rudolf, «Gutachten…», l.c., s. 18/19 oraz Rudolf/Gauss w: Gauss, «Grundlagen…», l.c., s. 251 nn.
34) Rudolf, «Gutachten…», l.c., s. 59 oraz Rudolf/Gauss w: Gauss, «Grundlagen…», l.c., s. 261 nn.
35) O wentylacyjnym systemie w komorach gazowych p. Rudolf/Gauss w: Gauss, «Grundlagen…», l.c., s. 267/268.
36) Danuta Czech, «Kalendarium der Ereignisse im Konzentrationslager Auschwitz–Birkenau 1939–1945», Rowohlt, 1989, s. 117.
37) Rudolf Höss, l.c., s. 126.
38) Carlo Mattogno, «Auschwitz. La prima gasazione», Edizioni la Sfinge, Parma, 1988.
39) Buki w: Pressac, «Auschwitz. Technique…», l.c., s. 163.
40) William Lindsey, «Zyklon B, Auschwitz and the trial of Bruno Tesch», JHR, Fall 1983, s. 261 nn.
41) Filip Müller, l.c., s. 24/25.

Opublikowano Rewizjonizm Holocaustu | Otagowano , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Jürgen Graf – Mit Holokaustu, część druga

IV. Co było naprawdę?

Zanim przejdziemy do «dowodów» «holokaustu» który się rozumie, powtórzmy, jako celową masową eksterminację Żydów za pomocą gazu, należy w ogólnych rysach opisać to, co się niewątpliwie działo z Żydami w Trzeciej Rzeszy.
Polityka żydowska Niemieckiej NS Partii Robotniczej od samego początku była ukierunkowana ku temu, żeby ciągle zmniejszać wpływy Żydów w Niemczech i pobudzać większość z nich do wyjazdu z kraju. Pierwszemu celowi służył cały szereg dekretów i ustaw, uchwalanych poczynając od 1933 r., które znacznie ograniczały liczbę Żydów wśród adwokatów, lekarzy itd., jak również zawężały gospodarcze oraz polityczne uprawnienia Żydów. Przynajmniej do 1938 r. proces ten trwał bez zastosowania przemocy; do «nocy kryształowej» żaden Żyd nie został skierowany do obozu za to że jest Żydem (1). Mogł on tam trafić jedynie w wypadku, jeśli ujawniał się jako wojskowo-polityczny przeciwnik reżimu NS lub za popełnienie zbrodni kryminalnej (2).
Żeby uruchomić mechanizm żydowskiej emigracji, NS ściśle współpracowali z organizacjami syjonistycznymi, zainteresowanymi wyjazdem jak największej liczby Żydów do Palestyny. Ta wspólna narodowo-socjalistyczno-syjonistyczna praca jest udokumentowana w wielu swych częściach i opublikowana przez wielu autorów (3). Na ile jest nam wiadomo, nikt temu nie zaprzecza.
Anglicy hamowali przesiedlanie się Żydów do Palestyny, dlatego przebiegało ono bardzo powoli; dlatego wielu niemieckich Żydów wyjeżdżało do innych krajów, w pierwszej kolejności do Stanów Zjednoczonych. Chociaż i tam na drodze żydowskiej emigracji ciągle stawiano przeszkody (4).
Do 1941 r. absolutna większość niemieckich oraz austriackich Żydów znalazła się na wygnaniu. W tym samym roku rozpoczęła się deportacja Żydów do obozów pracy i gett. Powodami tego były: po pierwsze, brak niemieckiej siły roboczej, większość bowiem mężczyzn została skierowana na front; po drugie, Żydzi, niewątpliwie, zaczęli stwarzać poważne niebezpieczeństwo dla państwa nazistowskiego. Żyd Arno Lustiger, bojownik ówczesnego ruchu Oporu, który przeżył wiele obozów, z dumą powiadamia, iż we Francji 15% akcji, dokonanych przez podziemie antyhitlerowskie, przypada na Żydów (5). Żydzi wtedy stanowili mniej niż 1% ludności Francji. Komunistyczna syjonistyczna organizacja «Czerwona kapela», która wyrządziła olbrzymie szkody armii niemieckiej, składała się głównie z Żydów (6).
Warto zauważyć, że w innych krajach podejrzane mniejszości narodowe internowano z nieporównywalnie mniejszych powodów. Dla przykładu, w USA wielka liczba Japończyków, nawet tych co posiadali amerykański paszport, została zamknięta w obozach (7). Przy tym, jak później wyznał Ronald Reagan, nie było zarejestrowano ani jednego wypadku szpiegostwa lub dywersji ze strony amerykańskich Japończyków.
W krajach, okupowanych przez Niemcy, Żydzi cierpieli z powodu deportacji bynajmniej nie w równej mierze. Szczególnie ostro potraktowano ich w Holandii, skąd zostało wywieziono około dwóch trzecich z ich ogólnej liczby. Z Francji zaś, przeciwnie, według świadectwa Serge’a Klarsfelda, deportowanych zostało 75721 Żydów, co odpowiadało mniej więcej 20% żydowskiej ludności Francji (8); ale również z tej liczby wielu zostało deportowanych nie z powodu ich wiary lub rasowej przynależności, lecz ponieważ uczestniczyli w ruchu oporu lub przekroczyli różne przepisy i prawa. W takich wypadkach nierzadko deportowano również nie-Żydów. Nieznaczna część Żydów uległa deportacji również w Belgii.
W obozach panowała przerażająco wysoka śmiertelność, głównie z powodu chorób. Szczególnie dziesiątkował ludzi tyfus plamisty, roznoszony przez wszy. Dla zwalczania ich zaczęto stosować środek owadobójczy Cyklon B.
W Oświęcimiu, największym OK, tyfus plamisty szczególnie szalał w końcu lata i jesienią 1942 r. Epidemia osiągnęła szczyt pomiędzy 7 a 11 września, kiedy to codziennie umierało średnio po 375 więźniów. Ku styczniowi śmiertelność spadła do 107 ludzi dziennie, w marcu zaś znów podniosła się do 298 (9).
W zachodnich obozach stan był szczególnie krytyczny w ostatnich miesiącach wojny, kiedy to zmarło dziesiątki tysięcy ludzi. Terror bombowy sojuszników całkowicie zniszczył infrastrukturę, obrócił w ruinę magazyny żywności i medykamentów. W obozach nastąpił krytyczny brak wszystkiego: jedzenia, leków, baraków. Chuck Yeager (Czak Jeger) – pilot, który po raz pierwszy przekroczył barierę dźwiękową – pisze w swoich wspomnieniach, że jego eskadra otrzymała rozkaz zabijać wszystko co się rusza (10). «Niemcy, – pisze on, – nie tak łatwo było podzielić na niewinne cywilne osoby oraz wojskowych. Na przykład, chłop ziemniakami ze swego pola karmił niemiecką armię».
A więc sojusznicy celowo, za pomocą okrutnej wojny, prowadzonej z powietrza, wywołali totalny głód, a następnie cynicznie przyjęli rolę sędziów nad pokonanymi, zaczęli sądzić ich za to, że w OK źle karmiono!
Szczególnie okropny stan zastały wojska brytyjskie w kwietniu 1945 r. w Bergen-Belsen, gdzie Brytyjczycy ujrzeli tysiące niepogrzebanych trupów oraz «żywe szkielety». Propaganda jeszcze dotąd wykorzystuje zrobione tam zdjęcia jako dowód na istnienie holokaustu. Fakty jednak mówią o czymś innym.
Komendant obozu Joseph Kramer na wszelki możliwy sposób protestował przeciwko wysyłaniu do beznadziejnie przepełnionego obozu nowych więźniów, ale bez skutku. Zamiast żeby internowanych we wschodnich obozach pozostawiać po prostu władzom radzieckim, NS ewakuowali ich na Zachód i rozprowadzali po istniejących tam obozach, ażeby żaden człowiek i żadna siła robocza nie dostali się w ręce Czerwonej Armii. Transporty w drodze ciągle były bombardowane, ewakuacja często trwała tygodniami, i wielu więźniów znalazło swą śmierć w tej okrutnej zimie. W obozach zaś, do których przybywali ci co przeżyli drogę, sytuacja stawała się z każdym dniem coraz bardziej dramatyczną.
Protesty Kramera pozostawały nie usłyszane. W Belsen tymczasem szalały tyfus i dyzenteria, a środków żywnościowych było coraz mniej. Co miał czynić Kramer? Wypuścić więźniów? Ale kto by ich karmił na wolności? Epidemie tymczasem przerzuciłyby się na ludność cywilną. Czy miał on razem z politycznymi wypuścić również recydywistów, żeby ci rzucili się na ludność? On miał osobiście możliwość uciec do Ameryki Południowej, zabierając ze sobą również kasę obozową. On tego jednak nie uczynił; zaufał brytyjskiej szlachetności i drogo za to zapłacił. Prasa napiętnowała go jako «bestię z Belsen», i w wyniku farsy sądowej skazano go na śmierć (11).
Również w innych obozach przytłaczająca większość ofiar przypada na koniec wojny. W Dachau od stycznia po kwiecień 1945 r. zmarło 15389 osób, a przez cały pozostały okres wojny – 12060 (12).
Tragiczna sytuacja w obozach była nieuniknionym skutkiem klęski Niemiec i nie miała nic wspólnego z planowym ludobójstwem, czego nie można powiedzieć o wojnie bombowej sojuszników przeciwko ludności cywilnej Niemiec (oraz Japonii). W samym Dreźnie zabitych zostało 250 tys. ludzi. W ciągu jednej nocy zostało tam zabitych 8 razy więcej ludzi, niż zmarło w Dachau przez cały okres wojny, i to zabitych w najbardziej potworny sposób (14).
Żydzi, oczywiście, umierali również poza OK. W Łódzkim getcie od jesieni 1939 r. do jesieni 1944 r. zmarło, według żydowskich źródeł, 43411 ludzi. W Warszawskim getcie przed rozpoczęciem powstania (wiosną 1943 r.) zarejestrowano 26950 zgonów (15). Część ludzi, oczywiście, zmarła w sposób naturalny, ale większość – w wyniku działań wojskowych oraz ewakuacji.
Wniosek: Żydzi ciężko ucierpieli w czasie drugiej wojny światowej, ponieśli oni duże straty w ludziach. Nie bywa jednak wojen, gdzie by nie cierpieli, nie ginęli ludzie. W Dreźnie 250 tys. ludzi w ciągu jednej nocy zginęło w straszliwych mękach: spłonęli, zostali pogrzebani pod ruinami; w Leningradzie setki tysięcy Rosjan zmarło z głodu; 180 tys. ludzi zginęło podczas stłumienia powstania Warszawskiego. Bardzo cierpieli nie tylko więźniowie OK, lecz również rosyjscy i niemieccy żołnierze na frontach. A więc czy tak naprawdę cierpienia Żydów znacznie przewyższają w stosunku procentowym straty innych narodów? Odpowiedzią na te pytania właśnie teraz musimy się zająć.

Przypisy

1) Co do «nocy kryształowej» czytaj jako podstawową pracę ortodoksyjnej historii H. Gramls «Der 9. November 1938. «Reichskristallnacht». Bonn, 1958, jako zaś podstawową rewizjonistsyczną pracę Jngrid Weckerts «Feuerzeichen» (Grabert, 1981).
2) Że w pierwszych latach NS reżym nikogo z Żydów nie kierował do OK, ściśle udowadnia żydowski profesor historii Arno Mayer («Der Krieg als Kreuzzug», Rowohlt, 1989, s. 200).
3) Dwa podstawowe dzieła o współpracy narodowych socjalistów z syjonistami Edwin Blacks «The transfer agreement» (New York/London, 1994) oraz Francis Nicosias «Hitler und der Zionismus» (Druffel, Leoni, 1989). Krótki przegląd najważniejszych faktów podaje Ingrid Weckert w książce «Auswanderung der Juden aus dem Dritten Reich» (Nordwind Verlag, Molevej 12. Kollund/DK). W swej głównej pracy o SS («Der Orden unter dem Totenkopf», Gondrom, 1990) porusza ten temat również Heinz Höhne.
4) Por. Ingrid Weckert, «Auswanderung…» (patrz przypis 3).
5) «Spiegel», Nr. 7/1993.
6) Odnośnie Czerwonej kapeli patrz np. Gerd Südholt, «Das Geheimnis der Roten Kapelle», Druffel, Leoni, 1979.
7) «Historische Tatsachen», l.c., Nr. 41.
8) Serge Klarsfeld, «Le memorial de la deportation des Juifs de France», Beate Klarsfeld foundation, Brussel/New York, 1982.
9) Liczby, wskazujące śmiertelność w Oświęcimiu, patrz Jean-Claude Pressac, «Die Krematorien von Auschwitz», Piper, 1994, s. 193.
10) Chuck Yeager, «Yeager. An autobiography», Bantam Books, New York, 1985, s. 79.
11) O Bergen-Belsen i Józefie Kramerze patrz «Journal of historical review», Office box 2739, New Port Beach, CA, USA, wiosna 1995, jak również Robert Lenski, «Der Holocaust vor Gericht», Samisdat Publishers, 206 Carlton Street, Toronto, Kanada, 1993, s. 197 nn.
12) O statystyce śmiertelności w Dachau patrz Paul Berben, «Dachau. The official history», The Norfolk Press, London, 1975.
13) Według «Enzyklopädie des Holocausts» (l.c., s. 118), zabijania gazem zaprzestano w Oświęcimiu w październiku 1944 r.
14) Szczególową dyskusję o liczbie ofiar w Dreźnie zainteresowani mogą znaleźć w książce Jurgen Graf, «Todesursache Zeitgeschichtsforschung», Neue Visionen, Postfach 5436, Wurenlos, 1995, s. 267 nn.
15) «Historische Tatsachen», l.c., Nr. 36.

V. Kto jeden raz skłamał…

Jeśli rozpowszechniane przez ortodoksyjnych historyków w ciągu dziesiątków lat oświadczenia i obliczenia oglądnąć przez szkło powiększające, wtedy znajdziemy, że panuje tam niesamowity chaos, oraz że oficjalna wersja ciągle się zmienia, jak w powieści George’a Orwella «Rok 1984». Oto kilka godnych uwagi faktów.

A. Liczba ofiar Oświęcimia (1)

W największym OK, urządzonym przez NS, zmarło:
– 9 mln. osób, według filmu «Nuit de brouillard» (Noc i mgła) (2);
– 8 mln. osób, według opublikowanego w 1945 r. komunikatu francuskiego Resortu do spraw badania zbrodni wojennych (3);
– 7 mln. osób, według świadectwa więźnia Rafała Feidelsona (4);
– 6 mln. Żydów, według żydowskiego wydawcy Tyberiusza Kremera (5);
– 5 mln. osób, w tym 4,5 mln. Żydów, według «Le monde» za 20 kwietnia 1978 r.;
– 4 mln. osób, według trybunału Norymberskiego (6);
– 3,5 mln. zatrutych gazem, z czego 95% to Żydzi («wielu» zmarło z innych powodów), według reżysera Claude’a Lanzmanna (7);
– 3,5 mln. osób, w tym 2,5 mln. zatruto gazem tylko przed 1 grudnia 1943 r., według wyznania pierwszego komendanta Oświęcimia Rudolfa Hössa (8);
– 2,5 mln. osób, według świadectwa więźnia Rudolfa Wrby (9);
– 2-3 mln. zabitych Żydów i tysiące nie-Żydów, według wyznania esesmana Perry’ego Broada (10);
– 1,5-3,5 mln. Żydów zatruto tylko między kwietniem 1942 r. a kwietniem 1944 r., według oświadczenia izraelskiego eksperta od holokaustu Jehudy Bauera od 1982 r. (11);
– 2 mln. zatrutych gazem Żydów, według świadectwa Lucy Dawidowicz (12);
– 1,6 mln. osób, z nich 1352980 Żydów, według oświadczenia Jehudy Bauera od 1989 r. (13);
– 1,5 mln. osób, według oświadczenia rządu polskiego, wydanego w 1995 r. (14);
– około 1,25 mln. osób, w tym 1 mln. Żydów, według oświadczenia Raula Hilberga (15);
– 1-1,5 mln. osób, według oświadczenia J.-C. Pressaka od 1989 r. (16);
– 800-900 tys. osób, według żydowskiego historyka Geralda Reitlingera (17);
– 775-800 tys. osób, w tym 630 tys. zatrutych gazem Żydów, według oświadczenia J.-C. Pressaka od 1993 r. (18);
– 670-710 tys. osób, w tym 470-550 tys. zatrutych gazem Żydów, według oświadczenia J.-C. Pressaka od 1994 r. (19).

Jak widzimy, liczba ofiar z biegiem lat starannie się kurczy. Jednak mimo wszystko ogólna liczba ofiar «holokaustu» w 5-6 mln. z tego powodu nie doznaje żadnych wahań. Od tych 5-6 mln. można odejmować setki tysięcy, nawet miliony – pozostanie ona niezmienna. Taka jest matematyka «holokaustu»!
Na jakich dokumentach, na jakich wykopaliskach masowych grobów opierają się holokaustnicy, skracając liczbę ofiar? Na żadnych! Wszystkie przytoczone powyżej cyfry są czystym wymysłem, bez żadnego stosunku do udokumentowanej rzeczywistości obozu Oświęcim. Według obliczeń rewizjonistów zmarło tam około 150 tys. Żydów (Faurisson) lub 160-170 tys. (Mattogno); w tym uśmierconych gazem – zero. Epidemie, w pierwszej kolejności tyfus plamisty, były główną przyczyną tak bardzo wysokiej śmiertelności.

B. Mydło z tłuszczu Żydów

Na procesie w Norymberdze strona radziecka twierdziła, że z tłuszczu pomordowanych Niemcy wyrabiali mydło (20). Ta obrzydliwa, straszna bajka regularnie, przez dziesiątki lat wynurza się w prasie światowej, niczym potwór z jeziora Loch-Ness. Z prawdziwie poetyckim natchnieniem została ona podana przez Szymona Wiesenthala (21): «W ostatnim tygodniu marca (1946 r.) w prasie rumuńskiej ukazała się niezwykłą wiadomość: w małym rumuńskim miasteczku Falticeni odbyła się bardzo uroczysta ceremonia pogrzebu na cmentarzu żydowskim 20 skrzyń mydła. (…) Na skrzyniach widać było napis R.J.F. – «czysty tłuszcz żydowski». (…) W końcu 1942 r. po raz pierwszy zjawia się straszne słowo – «transport dla mydła». Było to w województwie Warszawskim, fabryka zaś znajdowała się w Galicji, w Bełżcu. Na tej fabryce od kwietnia 1942 r. do maja 1943 r. przerobiono 900 tys. Żydów na surowiec. (…) Światu kulturalnemu trudno jest zrozumieć, z jaką przyjemnością naziści i ich żony patrzyli na to mydło. W każdej kostce widzieli oni trick cyrkowy, za pomocą którego został tam ukryty Żyd, który mógłby stać się drugim Freudem, Einsteinem lub Erlichem. (…) Pogrzeb tego mydła (…) wyglądał jako coś przeciwnego naturze. Zaczarowana tęsknota, która siedziała w tym małym przedmiocie codziennego użytku, rozrywała nawet zatwardziałe serca ludzi XX stulecia. W wieku atomowym powrót do ciemnej kuchni czarownic średniowiecza działa jak zjawa. A jednak to jest prawdą!»
W roku 1990 izraelski «ekspert od holokaustu» Szmul Krakowski oświadczył, że mydło z Żydów jest fikcją. Z podziwu godną bezczelnością dodaje on, iż bajkę tę wymyślili Niemcy, żeby sprawić Żydom duchowe cierpienia! (22).

C. Metody niszczenia Żydów

Z literatury o holokauście można się dowiedzieć, że istniały następujące sposoby mordowania Żydów:
– W Oświęcimiu i Majdanku za pomocą środka owadobójczego «Cyklon B»; w Majdanku częściowo tlenkiem węgla;
– W Chełmnie poprzez wpuszczanie spalin do wnętrza ciężarówki;
– W Bełżcu, Sobiborze i Treblince za pomocą spalin silnika Diesla;
– Na Froncie Wschodnim w samochodach gazowych oraz poprzez masowe rozstrzelania.
Śledząc według kolejnych lat historię «holokaustu», która się zaczyna w roku 1942, napotyka się przez cały czas rzeczy niesamowite. W żywych kolorach są tam opisane sposoby zabijania, o których późniejsza literatura nie wspomina ani jednym słowem – milczy niczym niema. Oto jedynie niektóre z nich.

a) młot pneumatyczny

Metoda ta została opisana w komunikacie polskiego Ruchu Oporu w następujący sposób (23): «Kiedy kierowano drużynę (komando) do pracy, szła ona na podwórko, gdzie dokonywano egzekucji za pomocą młota pneumatycznego. Więźniów przyprowadzano do podwórka jednego po drugim nagich, ze związanymi rękoma. Po drodze strzelano do nich z tyłu z pneumatycznego urządzenia. Pod wpływem ściśniętego powietrza młot uderzał w czaszkę i rozwalał ją w drzazgi».

b) elektryczne wanny

Również według informacji polskiego Ruchu Oporu, powołując się na zeznania oficera SS, mówi się tak (24): «Więźniów w czasie wolnym od pracy zapędzano po 2500 os. do kamery z wodą i puszczano prąd elektryczny…».

c) konwejer elektryczny

O tej metodzie informuje gazeta «Prawda» 5 dni po wyzwoleniu Oświęcimia (2 lutego 1945 r.): «Oni (Niemcy) wyrównali pagórek we wschodniej części obozu, usunęli i zniszczyli wszystkie ślady przenośnika, na którym setki ludzi jednocześnie zabijano prądem elektrycznym».

d) bomba atomowa

Podczas procesu w Norymberdze amerykański oskarżyciel Robert Jackson rzekł co następuje (25): «W małej tymczasowej wiosce, która została wybudowana tymczasowo specjalnie w tym celu,zostało zabitych 20 tys. Żydów. Za pomocą nowego wynalezionego środka zagłady 20 tys. ludzi zostało zabitych prawie momentalnie i to tak, że nic po nich nie zostało, żadnego śladu. Eksplozja utworzyła temperaturę 400-5000C i tak zniszczyła ludzi, że nic po nich nie zostało».

e) palenie żywcem

Eli Wiesel, który dostał w 1986 r. pokojową nagrodę Nobla, był od wiosny 1944 r. do stycznia 1945 r. internowany w Oświęcimiu. W 1958 r. ukazała się książka jego obozowych opowiadań «La nuit» («Noc»), w której ani jednym słowem nie wspomina on o KG, mimo że w czasie jego pobytu w obozie miało być tam zgładzono 400 tys. Żydów węgierskich. Ale w niemieckim tłumaczeniu książki KG wynurza się niby poprzez jakieś czary, bo tam, gdzie we francuskim tekście stoi «krematorium», tłumacz pisze «kamora gazowa». Eksterminację Żydów Wiesel opisuje w ten sposób (26): «Niedaleko od miejsca, gdzie byliśmy, w dole pałał ogień, gigantyczny płomień wyrywał się stamtąd, tam coś spalano. Podjechała kryta ciężarówka i wytrząchnęła do dołu swój ładunek. To były maluczkie dzieci. Dzieci! Tak, widziałem to na własne oczy… Dzieci – do ognia! (Nic dziwnego, że od tej pory sen ucieka od moich oczu). Tam też posyłali i nas. Nieco dalej był dół jeszcze większych rozmiarów – dla dorosłych. «Ojcze, powiedziałem, jeśli tak ma się sprawa, nie chcę czekać. Rzucę się na przewody elektryczne. To jest lepsze, niż nieskończona męka w ogniu».
O tym, jak za pomocą cudu Eli uniknął «ognia», opowiemy później.

f) para

W grudniu 1945 r. na procesie w Norymberdze wpisano do protokołu co następuje (27): «Wszystkie ofiary (w Treblince) musiały zdjąć ubranie i obuwie, które natychmiast zabierano. Następnie ofiary, najpierw kobiety i dzieci, zapędzano do komory śmierci (…) Wypchaną do oporu komorę szczelnie zamykano i wpuszczano do niej gorącą parę (…) Według ujawnionych danych zamordowano w Treblince wiele setek tysięcy Żydów».

g) uduszenie poprzez wypompowanie powietrza z komory

O tej metodzie, stosowanej ponoć w Treblince, powiadamia radziecki Żyd Wasilij Grossman (28).

h) niegaszone wapno

Według zaznań Jana Karskiego, Żydów w Bełżcu mordowano w następujący sposób (29): «Podłogę wagonu (wypchanego Żydami) posypywano grubą warstwą białego proszku. Było to wapno niegaszone. Każdy wie, co się dzieje, kiedy dostanie się do niego woda. Trafiając na ciało, wapno powoli zżera je do kości (…) Zapadał już zmrok, kiedy 45 wagonów (sam je liczyłem!) były już pełne. Pociąg, wypełniony dręczonym ciałem, chwiał się i nieludzko wył, jakby przeklęty».

i) młyn ludzki

Całkiem inne rzeczy na temat niszczenia Żydów w Bełżcu opowiada dr filozofii Stefan Szende (30): «Ludzki młyn (Menschenmühle) miał około 7 km średnicy. (…) Wypchane do oporu pociągi z Żydami znikały w tunelu i trafiały do ulokowanego pod ziemią miejsca straceń. (…) Rozebranych do naga Żydów zaprowadzano do gigantycznych sal, w których jednocześnie mieściło się kilka tysięcy ludzi. Sale miały metalową podłogę, która mogła się opuszczać. Podłoga w tych salach wraz z wieloma tysiącami Żydów pogrążała się w znajdujące się pod nią baseny, dopóki stojący na żelaznych płytach ludzi nie zanurzali się całkiem w wodzie. Kiedy wszyscy Żydzi, stojący na żelaznych płytach, byli już po biodra w wodzie, do wody puszczano prąd elektryczny. Za kilka chwil wszyscy Żydzi, tysiące, nie żyli. Wtedy metalowa podłoga podnosiła się do góry. Leżały na niej trupy zabitych. Znów włączano prąd i metalowa podłoga przemieniała się w krematorium, rozgrzewała się do białości, aż wszystkie trupy na niej stawały się popiołem. (…) Każdy pociąg przywoził od 3 do 5 tys., a niekiedy nawet więcej Żydów. Zdarzały się dni, kiedy po linii na Bełżec przechodziło po 20 i więcej takich pociągów. Współczesna technika za reżimu nazistowskiego świętowała swój triumf. Problem, jak zgładzić miliony ludzi, był rozwiązany».

j) topienie

Według informacji izraelskiego «eksperta od holokaustu» Jehudy Bauera, Rumuni w Odessie większość ze 144 tys. Żydów utopili (31). O tej metodzie zagłady donosiła również podziemna agencja prasowa w getcie Warszawskim, mówiąc o Babim Jarze (32): «W Kijowie nie pozostał przy życiu ani jeden Żyd po tym, jak Niemcy całą żydowslą ludność Kijowa wrzucili do Dniepra».

k) gaz chlorowy, taśmowe rozstrzeliwanie, wrzątek, kwasy

Twierdzi się, że za pomocą tych środków zabijano w Treblince (33, 34).
O tych wszystkich historiach współcześni zwolennicy holokaustu nic nie chcą wiedzieć, chociaż w swoim czasie wszystkie one zostały potwierdzone przez «wiarygodnych świadków», jak to się przedstawia obecnie z KG, wątpić w istnienie których, jednak, zakazuje prawo w całym szeregu krajów wolnego, zachodniego, demokratycznego świata.

D. Gdzie znajdowały się «komory gazowe»?

Po tym, jak kamery z gorącą parą, młyny, wagony z wapnem itp. zostały pomyślnie zastąpione przez KG, wśród historyków już od dziesiątków lat trwa zamieszanie odnośnie zagadnienia, gdzie KG były usytuowane.

a) faza pierwsza

Każdy, albo prawie każdy OK miał jedną lub więcej KG, tak twierdziło się w pierwsze lata po wojnie. Na procesie w Norymberdze lekarz obozowy z Dachau złożył takie zeznanie (35): «KG gotowe były w 1944 r. i dr Rascher zaproponował mi wypróbować je na pierwszych ofiarach. Spośród 8-9 osób, osadzonych w komorze, trzy dawały oznaki życia, pozostałe są martwe. Oczy ich były czerwone, a twarze opuchnięte».
Piękny obraz KG w Buchenwaldzie podaje «zasługujący na wiarę» naoczny świadek Charls Hauter (36): «Szybkie realizowanie eksterminacji wymagało specjalnej techniki. Niektóre, w szczególnie wyrafinowany sposób skonstruowane komory miały kolumny z przezroczystego materiału, w których tworzył się gaz i wychodził następnie na zewnątrz poprzez ścianki. Inne były prostsze, lecz wszystkie one wyglądały wspaniale. Łatwo było zrozumieć, że budowano je z przyjemnością oraz że były one już od dawna zaplanowane, dlatego jaśniały wszystkimi zaletami estetycznymi. Były one częścią obozu, skonstruowaną ze szczególnym upodobaniem».
Lekarz obozowy w Ravensbrücku Percy Trate (Persy Trejt) zeznał (37): «Przypominam sobie, że wiele Polek zostało zabitych strzałami w potylicę. Ale ponieważ te rozstrzeliwania odbywały się burzliwie i pozostawało niebezpieczeństwo, że do ognia trafią również żywe kobiety, zatroszczyłem się o to, by sposób zabójstwa był przyzwoity. Były to KG».
Rzeczy niepojęte działy się w zamku Hartheim pod Linzem (Austria), gdzie zostało zatrutych od 1 do 1,5 mln ludzi. Zacytujemy wyznanie komendanta Mauthausen Franza Ziereisa (Cyirajs) (38): «Gruppenführer SS Glück rozkazał ogłosić słabych więźniów psychicznie chorymi i zatruć ich gazem w dużym budynku. Tam zostało zabitych od 1 do 1,5 mln ludzi. Miejsce to nazywa się Hartheim, znajduje się ono w 10 km od Linza».

b) od sierpnia 1960 r.: na terenie starej Rzeszy komór gazowych nie było

W sierpniu 1960 r. kierownik Instytutu Współczesnej Historii w Monachium Martin Broszat pisał (39): «Ani w Dachau, ani w Bergen-Belsen, ani w Buchenwaldzie Żydów i innych więźniów nie zabijano za pomocą gazu. (…) Masowa likwidacja Żydów za pomocą gazu rozpoczęła się w 1941-42 l. i dokonywała się wyłącznie w specjalnie do tego przeznaczonych i wyposażonych w odpowiednie techniczne urządzenia miejscach, przede wszystkim na okupowanych polskich terenach (ale nie w starej Rzeszy): w Oświęcimiu, Sobiborze nad Bugiem, Treblince, Chełmnie i Bełżcu».
Godne uwagi, że w opowiadaniu Broszata nie jest obecny Majdanek – wyposażony w KG obóz. Mówiąc «przede wszystkim», chciał on prawdopodobnie pozostawić kwestię otwartą  kto wie, może w Mauthausen (Austria) albo w Natzweiler-Struthofie (Alzacja) KG też się znajdą? Zaś co dotyczy «starej Rzeszy» (w granicach 1937 r.), tam, zapewnia Broschat, zabijania gazem nie dokonywano.

c) 1983 r.: powrót komór gazowych na Zachód

W pracy zbiorowej Kogona, Langbeina i Rückerla «Narodowosocjalistyczne masowe mordy za pomocą gazu trującego» (40) KG od 1983 r. świętują swój triumfalny powrót do Ravensbrück, Sachsenhausen, Stutthof i in. Wprawdzie, masowych zatruć teraz tam się już nie dokonuje jedynie niewielkie próby z kilkoma tysiącami ofiar. W ten sposób został osiągnięty kompromis pomiędzy pozycją Broszata a holokaustnikami-fundamentalistami. Tylko KG w Bergen-Belsen i Buchenwaldzie autorzy nie przyjęli.
U kogo w obliczu tych wszystkich nieprawdopodobnych sprzeczności miałyby powstać wątpliwości co do bezwarunkowej słuszności sfabrykowanych po tych wszystkich błąkaniach i przygodach wersji «holokaustu», które jednak przy wszystkich zakrętach losu opierają się na świadectwach «godnych zaufania naocznych świadków» trucia gazem, ten uczyni dobrze, jeśli, żyjąc w demokratycznych Niemczech, w demokratycznej Austrii, w demokratycznej Francji, w demokratycznej Szwajcarii, pozostawi swoje wątpliwości przy sobie, w przeciwnym bowiem razie stoi on już jedną nogą w więzieniu. Obraz współczesnej demokracji najlepiej oddają trzy słynne małpy, z których jedna nie mówi, druga nie widzi, a trzecia nie słyszy.

Przypisy

1) Tę tabelę z pewnymi niewielkimi opuszczeniami wzięliśmy od Roberta Faurissona, który opublikował ją w V. H. O. Nieuwsbrief (Herausgeber Siegfried Verbeke, Antwerpen, 7. Jahrgang, 1996, Nummer 1).
2) Nakręcony w r. 1955 przez Alaina René.
3) Eug‚ne Aroneanu, «Camps de concentration», Office francais d’edition, s. 196.
4) Ibidem, s. 196.
5) Wprowadzenie Kremera do książki: Miklós Nyiszli (Miklosz Nisli), «SS-Obersturmführer Docteur Mengele», Les Temps Modernes, marzec 1951 r., s. 1655.
6) Dokument norymberski URSS-008.
7) Przedmowa Claude’a Lanzmanna do Filip Müller, «Trois ans dans une chambre a gaz», Pygmalion/Gerzrd Watelet, 1980, s. 12.
8) Dokument norymberski PS-3868.
9) Oświadczenie Wrby ambasadzie Izraela w Londynie w związku z procesem Eichmanna od 16 lipca 1961 r.
10) Pery Broad, «KL Auschwitz in den Augen der SS», Wydawnictwo Państwowego Muzeum w Oświęcimiu, 1973, s. 141.
11) Yehuda Bauer, «A history of the Holocaust», New York, Franklin Watts, 1982, s. 215.
12) Lucy Davidowicz, «The war against the Jews», Penguin Books, 1990, s. 191.
13) Yehuda Bauer, «Auschwitz and the Poles», The Jerusalem Post, 22. september 1989, s.6.
14) Przed 1990 r. na spiżowych tabliczkach w Oświęcimiu figurowała liczba 4 mln ofiar. Następnie o tę przesadę oskarżono stronę radziecką, i tabliczki zdjęto.
15) Raul Hilberg, «The destruction of the european Jews», New York, Holmes and Meier, 1985, s. 895.
16) Jean-Claude Pressac, «Auschwitz. Technique and operation of the gas chambers», Beate Klarsfeld Foundation, New York, 1989, s. 553.
17) Gerald Reitlinger, «Die Endlosung», Colloquium, 1983, s. 524.
18) Jean-Claude Pressac, «Les crematoires d’Auschwitz», CNRS, 1993, s. 148.
19) Jean-Claude Pressac, «Die Krematorien von Auschwitz», Piper, 1994 (niemieckie tłumaczenie książki, podanej w przypisie 18), s. 202.
20) Dokument norymberski Imt VII, s. 656/657.
21) Simon Wiesenthal w «Der neue Weg», Wien, Nr. 17/18, 1946.
22) «Daily Telegraph», 25. April 1990.
23) Sprawozdanie polskiego Ruchu Oporu od 1 listopada 1942 r. Archiwum Państwowego Muzeum w Oświęcimiu (APMO), zespół «Obóz», materiały obozowego ruchu oporu, «O życiu w obozie», s. 79 i 80; cytaty z Enrique Aynat, «Estudios sobre el Holokausto», Graficas Hurtado, S. I. Maestro Lope, 59 y 65, 46100 Burjassot/Valencia, 1994, s. 150/151.
24) Sprawozdanie polskiego Ruchu Oporu od 23 października 1942 r. APMO, «Obóz», Blatt 163-A/1, s. 52; cytuje się za Enrique Aynat, por. przypis 23.
25) Dokument norymberski IMT XXI, s. 579/580.
26) Elie Wiesel, «La nuit», Editions de minuit, 1958, s. 57 nn.
27) Dokument norymberski PSY 3311.
28) , « », , , 1946.
29) Ian Karski, «Story of a secret state», The Riverside Press, Cambridge, 1944; cytuje się według Robert Faurisson, «Response a Pierre Vidal-Naquet», La Vieille Taupe, Paris, 1982, s. 43/44.
30) Stefan Szende, «Der letzte Jude aus Polen», Europa Verlag, Zürich/New York, 1945, s. 290 nn.
31) Yehuda Bauer, «A history of the holocaust», l.c., s. 200.
32) «Podziemna obsługa prasy pozagettowej», Archives of the Jewish Historical Institute in Warsaw, Ringeblum-1 file, July 18, 1942; cytuje się za Herbert Tiedemann, «Babi Jar. Kritische Fragen und Anmerkungen», w Ernst Gauss, «Grundlagen zur Zeitgeschichte», Grabert, 1994, s. 378.
33) Arnulf Neumaier w Gauss, «Grundlagen…», l.c., s. 358 nn.
34) Robert Faurisson w Gauss, «Grundlagen…», l.c., s. 10.
35) Dokument norymberski IMT V, s. 198.
36) Cytuje się według Pierre Vidal-Naquet, «Les assassins de la memoire», Editions de la decouverte, 1991, s. 28.
37) Cytuje się według Kogon/Langbein/Rückerl, «Nationalsozialistische Massentotungen durch Giftgas», Fischer Taschenbuch, 1989, s. 258.
38) Simon Wiesenthal, «KL Mauthausen», Ibis Verlag, 1946, s. 7/8.
39) «Die Zeit», 19 August 1960.
40) Porównaj przypis 37.

VI. Dowody na istnienie holokaustu

Pod koniec czerwca – na początku lipca 1993 r. w «Die Welt» pojawiła się następująca informacja:
«Dziewięć lat w więzieniu bez winy».
«28 czerwca 1993 (Associated Press). Człowiek, skazany najpierw na karę śmierci, a następnie trzykrotnie na dożywocie w amerykańskim stanie Maryland, już w tym tygodniu zostanie zwolniony. 23-letni Kirk Bloodwors, który spędził w więzieniu 9 lat, w tym 2 lata w celi dla skazanych na karę śmierci, był oskarżany o to iż w 1984 r. zgwałcił i zabił 9-letnią dziewczynkę. Po przeprowadzeniu ekspertyzy sądowo-medycznej (spermy itd.) okazało się, że Bloodwors przestępstwa nie popełniał, został mimo to skazany na śmierć na podstawie zeznań 5 świadków, którzy twierdzili że go widzieli w chwili popełnienia zbrodni».
Ten wypadek najwyraźniej ilustruje to, co znane jest każdemu prawnikowi, mianowicie że zeznania świadków należy gruntownie sprawdzać przy pomocy ekspertów. Świadkowie mogą kłamać albo szczerze się mylić. Dowód, oparty na zeznaniach świadków, uważany jest za najsłabszy ze wszystkich rodzajów dowodów (1).
To, co się mówi o poszczególnym zwykłym zabójstwie, musi zachowywać swą ważność również w tym wypadku, jeśli mowa jest o setkach tysięcy lub nawet milionach ofiar. Zgodnie z tą zasadą pomieszczenia, które nazwano «komorami gazowymi», należało od razu po ukończeniu wojny poddać jak najdokładniejszej ekspertyzie. Następnie specjaliści mieliby policzyć, czy mogły krematoria – jeśli były one w obozie – przerobić taką ilość trupów. W «czystych obozach śmierci» – Treblince, Sobiborze, Chełmnie trupy rzekomo najpierw zakopywano w ziemię, później dokonywano ekshumacji i, wreszcie, spalano je pod odkrytym niebem. Jeśli istniały masowe groby na wiele setek tysięcy ludzi, wtedy można byłoby je odnaleźć nawet po latach przy pomocy prac wykopaliskowych oraz zdjęć lotniczych, które bardzo dobrze lokalizują masowe groby; ta ostatnia metoda jest obecnie stosowana w szerokim zakresie przez Amerykanów w Bośni.
Lecz nic z tego rodzaju rzeczy nie robiono po ukończeniu II Wojny Światowej i osądzeniu Niemiec. Naukowe badania KG, krematoriów i domniemanych masowych grobów nigdy nie miały miejsca. Nie dokonano również sekcji chociaż by jednego trupa więźniów OK dla stwierdzenia zatrucia gazem. Eksterminacjoniści (tak się nazywa obrońców oficjalnej wersji holokaustu) zorganizowali, na ile wiemy, tylko dwie ekspertyzy sądowo-medyczne, przy pomocy których chcieli potwierdzić masowe mordy, lecz obydwie doznały całkowitej klęski. Oto one:
1. Według ekspertyzy, przeprowadzonej w 1945 r. w Krakowie, znaleziono ślady cyjanku we włosach więźniów Oświęcimia. Obecnie ta ekspertyza, po pierwsze, nie może być powtórzona – w odróżnieniu od ekspertyz rewizjonistów, które można powtórzyć w każdej chwili – a po drugie, gdyby nawet była prawdziwa, to i wtedy nie miałaby żadnej siły dowodu. Przypuśćmy najpierw, że ostrzyżone włosy szły w Trzeciej Rzeszy na przeróbkę przemysłową. Ale w takim przecież wypadku koniecznie musiały one być poddane obróbce Cyklonem B, w celu dezynfekcji. Załóżmy również, że ludzi truto gazem, w takim jednak przypadku, czyż nie jest szaleństwem strzyc włosy na ofiarach już po KG, kiedy trucizna przesiąknęła wszystko i sama procedura staje się niebezpieczną dla życia tych, którzy jej dokonują! W tym wypadku, niewątpliwie, należałoby strzyc ofiary jeszcze przed zabiciem.
2. Według drugiej polskiej ekspertyzy w pobliżu Oświęcimia w glebie znaleziono wielką ilość ludzkich szczątek (3). Nie ma żadnych podstaw by podawać tę ekspertyzę w wątpliwość, dlatego że w drugiej połowie 1942 r. w obozie szalał tyfus i tysiące trupów więźniów palono na otwartym powietrzu. Jedyne krematorium, które tam było, mogło skremować nie więcej niż 100 trupów dziennie, a ponadto często stało nieczynne. Znalezienie ludzkich szczątek dowodzi jedynie, że rzeczywiście w Oświęcimiu zmarło sporo więźniów. Jednak masowego, świadomego niszczenia ludzi to nie dowodzi.
Stajemy w ten sposób przed bardzo dziwnym faktem: oskarżyciele Niemiec nie przedstawili jak na razie żadnego dowodu «największej zbrodni wszystkich czasów». Dowody aż do tej pory przedstawiają rewizjoniści, lecz ich dowody obalają oficjalną wersję holokaustu we wszystkich zasadniczych punktach.

Przypisy

1) Czytaj o tym artykuł Manfreda Koehlera o wartości wypowiedzi oraz zeznań na temat holokaustu w książce: Ernst Gauss, «Grundlagen zur Zeitgeschichte», l.c.
2) Wyniki krakowskiej ekspertyzy wydrukowano w antyrewizjonistycznym zbiorze (Hg. Brigitte Bailer-Galanda, Wolfgang Benz und Wolfgang Neugebauer), Deuticke, 1995, s. 79 nn.
3) O tej ekspertyzie patrz Nr 60 «Historischen Tatsachen», l.c.

Opublikowano Rewizjonizm Holocaustu | Otagowano , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Jürgen Graf – Mit Holokaustu, część pierwsza

Mit Holokaustu

Jürgen Graf

Lublin 1998

 

Przedmowa tłumacza

Na początku XX w. światowy ruch syjonistyczny w ramach przygotowania fundamentu pod przyszłe «Królestwo Mesjasza» stawiał przed sobą 2 główne zadania. Po pierwsze, utworzenie formalnie niezależnego żydowskiego państwa na terenie Palestyny, co nie tyle miało «podnieść na duchu» samych Żydów, pokazując im jak «Bóg kocha swój lud», ile miało zdemoralizować i zniechęcić do stawiania oporu «gojów», przede wszystkim chrześcijan, dla których ojczyzna Jezusa Chrystusa, Patriarchów i Proroków jest Ziemią Świętą. Po drugie, trzeba było w jakiś sposób przedstawić «naród żydowski» w roli zbiorowego męczennika, a narody chrześcijańskie – w roli wściekłych prześladowców tych niewinnych baranków. Ludożerczy reżim «bolszewików» w Rosji, gdzie do końca lat trzydziestych Żydzi stanowili niemal 100% w naczelnych organach państwa, a «antysemityzm», do którego zaliczano nawet używanie słowa «Żyd», był karany rozstrzelaniem «bez sądu i śledztwa» – nie sprzyjał bynajmniej kształtowaniu tego wizerunku. Syjoniści osiągnęli jednak obydwa cele, i to z nadmiarem, w wyniku II wojny światowej. W przygotowaniu tej wojny przywódcy «najbardziej miłującego pokój narodu w świecie» brali jak najbardziej czynny udział. Najpierw, przez ciągłe upokarzanie i poniżanie Niemiec na arenie międzynarodowej, wzbudzili w szerokich rzeszach narodu niemieckiego dążenia do odbudowy dawnej mocy Niemieckiego Imperium. Następnie jawnie i potajemnie wspierali finansowo partię Adolfa Hitlera, pomagając mu w jak najszybszym objęciu władzy. Na temat tych stosunków zachowało się po dziś dzień niemało dokumentacji.) Wreszcie, poprzez dążenie do ekonomicznej izolacji hitlerowskich Niemiec nie pozostawili narodowym socjalistom innego wyjścia poza wojną.) Nie zdejmuje to, rzecz oczywista, odpowiedzialności za agresję z Niemiec ani z Hitlera osobiście. Nam jednak nie chodzi o ocenianie winy Hitlera bądź innych «zbrodniarzy wojennych», tylko o wskazanie wszystkich winnych tej tragedii, jaką była II wojna światowa, i o rzetelne wyjaśnienie jej rzeczywistych przyczyn, zgodnie z rzymską zasadą «cui bono?» (dla kogo korzystne?).

Zadając sobie to pytanie, widzimy przede wszystkim, że Żydów, a w szczególny sposób żydowską elitę finansową, mniej niż kogokolwiek innego można uważać za stronę, która ucierpiała w wyniku wojny. Żydzi nie tylko bez zbytnich wysiłków dostali we własność Palestynę, co już same w sobie stanowi niesłychane upokorzenie i policzek dla chrześcijan, lecz, praktycznie rzecz biorąc, opanowali cały świat, ustanawiając w nim system totalnego kłamstwa i terroru informacyjnego. Zresztą nie tylko informacyjnego. W USA i krajach Zachodniej Europy człowiek, który ośmieliłby się tylko przypuszczać, iż Żydzi są ludem, w istocie, takim samym jak wszystkie inne i dlatego na równi ze wszystkimi innymi mogą być sądzeni i oceniani, stawia się właściwie poza społeczeństwem. Nie tylko nie może on liczyć na jakąkolwiek posadę w aparacie państwowym, przed nim zamykają się drzwi uniwersytetów i szkół, towary jego firmy tracą popyt, a wspólnicy rozrywają z nim kontrakty. Publiczne zaś wątpienie w sprawiedliwość i słuszność tak wyjątkowej nietykalności «wybranego ludu» jest karane przez osadzenie w zakładzie karnym na termin – w zależności od humoru «sędziów» – od 2 do 5 lat.

To niesłychane upokorzenie narodów chrześcijańskich jest tym boleśniejsze, bo zbudowane jest nie na zwykłym nawet kłamstwie, lecz wprost na bezwstydnym łgarstwie ogólnoświatowej siatki syjonistycznych mistyfikatorów, którzy z podziwu godną obłudą ponad pół wieku budują nowy pseudoreligijny mit «Oświęcimia». Z typowo talmudycką złością wyśmiewają i poniżają oni wartość Ofiary Chrystusa, nazywając «całopaleniem» (łac. holacavstvm) rzekome masowe mordowanie Żydów w czasie II wojny światowej. Łgarstwo to nie jest poparte niczym, oprócz psychologicznego terroru, totalnej kontroli informacji oraz ekonomicznego szantażu, uzupełnianego przez terror policyjny i wojskowy.) W umysły ludzi wpaja się myśl, że cierpienia Żydów w czasie II wojny światowej nie da się porównać z żadnymi innymi – ani z 70-ma milionami Rosjan i Ukraińców, wyrżniętych przez żydowskich oprawców w latach 1917-1937, ani z setkami milionów niewinnych dzieci, które są zabijane w łonach matek, otumanionych przez należący do Żydów system propagandy i «wychowania», zabijane bardzo często przez rzeźników od medycyny tejże narodowości i wyznania. Wszystko to mają być nic nie znaczące epizody historii, w porównaniu z rzekomymi 6 mln ofiar «Szoahu» ). W tej atmosferze jak grzyby po deszczu powstają wszelkiego rodzaju «filozofie twarzy», «teologie spotkania» i inne żydowskie wypociny, głównym aksjomatem których jest hasło głoszące, że «po Oświęcimiu» «nie można» myśleć «po staremu», nie można wierzyć «po staremu», nie wolno mówić «po staremu» itp. idiotyczne brednie. Nawet w Kościele Katolickim, który przez prawie 2 tysiące lat był główną ostoją narodów Europy przeciwko żydowskiej ekspansji, dziś uchodzi za przestępstwo i niemal że zbrodnię przeciwko ludzkości odwoływanie się do jednoznacznych i nie dopuszczających jakichkolwiek «alegorycznych interpretacji» wypowiedzi Ojców i Doktorów Kościoła na temat żydowskiego plemienia i żydowskiej religii).

W tej sytuacji ogromne znaczenie ma fakt, że są ludzie, którzy mają odwagę powiedzieć światu prawdę o losie Żydów i innych narodów w czasie Wojny. Dla tych ludzi prawda, w tym historyczna, stanowi wartość nadrzędną, nieporównywalną ani z osobistymi sympatiami politycznymi, ani ze względami własnego bezpieczeństwa i dobrobytu. Liczba tych ludzi, których przeciwnicy pogardliwie nazywają «rewizjonistami» lub «negacjonistami», ciągle się zwiększa, podczas gdy obrońcy mitów o «masowej zagładzie» muszą zdawać jedną pozycję po drugiej. Bynajmniej nie wszyscy historycy z tego obozu są zwolennikami prawicowych ideologii czy tym bardziej Narodowego Socjalizmu. Są to po prostu rzetelni badacze, ludzie nauki, którzy idą w kierunku od faktów i dokumentów ku tworzeniu hipotez i teorii, a nie odwrotnie, jak to czynią uwieńczeni profesorskimi tytułami słudzy «nowego światowego porządku». Jeśli zaś większość z tych uczciwych naukowców prędzej czy później skłania się jednak w swoich osobistych moralnych i politycznych poglądach bardziej w prawo, to staje sie tak jedynie dlatego, iż bardziej niż ktokolwiek inny poznali oni na własnej skórze chwaloną «wolność słowa», «wolność poszukiwań naukowych» i inne «walory» tak zwanego «społeczeństwa równych możliwości», gdzie, w dokładnym przeciwieństwie do odwiecznych zasad moralności Boskiej i ludzkiej, rzeczywiście istnieje wolność, ale jedynie w granicach zła i kłamstwa. Kto by chciał wykorzystać rzekomo przysługujące mu od urodzenia «prawo» do wolności w celu obrony Prawdy i Dobra, szybko się przekonuje, że dla niego w tym «jedynym godnym Człowieka społeczeństwie», rządzonym przez zrzeszone w tajnych strukturach osoby określonego pochodzenia, po prostu nie ma miejsca.

Prawie wszyscy historycy, zaliczani do kategorii «rewizjonistów», byli w ten czy inny sposób prześladowani za swoje – zawsze oparte na niezbitych dowodach – poglądy na historię. Warto więc znać imiona tych ludzi, którzy odważyli się rzucić wezwanie cywilizacji totalnego kłamstwa. Pełna ich lista zajęłaby kilkanaście stron. Wymienimy jedynie tych, którzy są bardziej znani, nie tylko w środowisku specjalistów od najnowszej historii.
W RFN jest to Thies Christophersen, autor książki «Kłamstwo o Oświęcimiu», zmuszony do ucieczki do Danii, gdzie go też nie zostawiono w spokoju: jego dom spalono, i sam on teraz ukrywa się. Jest to Manfred Röder, skazany za to, iż napisał przedmowę do książki Christophersena. Jest to Wilhelm Stäglich, któremu za książkę «Mit Oświęcimia» odebrano tytuł doktorski, motywując tę decyzję – o dziw – ustawą, uchwaloną jeszcze za Hitlera!

We Francji takim człowiekiem jest François Dupra, którego zabito w 1978 roku; Michel Quegné, któremu studenci-syjoniści rzucili w twarz flakonik z kwasem siarkowym; profesor Robert Faurisson, który stracił katedrę na Liońskim uniwersytecie za to, że wyraził wątpliwość w istnienie tzw. «komór gazowych». We wrześniu 1989 r. jego okrutnie pobili w parku miasta Vichy bojówkarze z grupy «Synowie pamięci żydowskiej», złamali mu szczękę i kilka żeber.

W Kanadzie jest to artysta malarz Ernst Zündel, skazany w 1985 roku na 15 miesięcy więzienia za rozpowszechnianie broszury Richarda Harwooda «Czy rzeczywiście zginęło 6 milionów?». Drugi proces Zündela w 1988 roku stał się momentem przełomowym w całej historii rewizjonizmu. Na tym procesie z sensacyjnym referatem wystąpił inżynier Fred Leuchter, który w sposób naukowy udowodnił, że te zabudowania, które są pokazywane w Oświęcimiu w charakterze «komór gazowych», fizycznie nie mogły być wykorzystywane do masowej zagłady ludzi. Leuchter – nawiasem mówiąc, człowiek całkiem apolityczny, po prostu uczciwy specjalista – zadał śmiertelny cios legendzie o «komorach gazowych». R. Faurisson, który na tym procesie występował w charakterze świadka, pisał później: «Byłem bezpośrednio obecny przy śmierci mitu o komorach gazowych».

Drugim dobrze znanym Kanadyjczykiem jest John Ball, autor książki «Świadectwa zdjęć lotniczych», w której szczegółowo analizuje 175 zrobionych z powietrza zdjęć «hitlerowskich obozów zagłady», porównując je ze zdjęciami miejsc, gdzie rzeczywiście dokonywano zbiorowych mordów, jak na przykład Katyń. Po uważnym przestudiowaniu tej książki rzadko u kogo ze sceptyków pozostają jeszcze jakieś wątpliwości.

Imię «faszysty» zupełnie już nie pasuje do innego badacza, Rogera Garandyego, który, podobnie jak jeden z pionerów rewizjonizmu Paul Rassinier, również był w swoim czasie członkiem Ruchu Oporu i więźniem niemieckich obozów koncentracyjnych. Garandy był ponadto czołowym ideologiem Francuskiej Partii Komunistycznej, z której został wydalony w 1968 roku po złożeniu przez niego protestu przeciwko wprowadzeniu radzieckich wojsk do Czechosłowacji. Wówczas komuniści krytykowali Garandyego za «rewizjonizm», i oto teraz on znów jest «rewizjonistą», tylko że innego rodzaju. Niedawno ukazała się kolejna jego książka «Podstawowe mity izraelskiej polityki», która wywołała wściekłą nienawiść w kręgach syjonistycznych, ale wielu uczciwym ludziom otworzyła oczy na prawdę. W obronie Garandyego wystąpił nawet znany we Francji opat Piotr, cieszący się powszechnym autorytetem za swoją działalność na rzecz ubogich. Natychmiast stał się on również obiektem wściekłych ataków ze strony syjonistów, domagających się sądowej rozprawy z zakonnikiem.

Autor niniejszej pracy, Jürgen Graf, jest Szwajcarem, co ma pewne znaczenie, obywatela bowiem Szwajcarii trudniej jest podejrzewać o «krwiożerczy niemiecki nacjonalizm», aniżeli Niemca. Jest to kolejna wśród jego prac, dotyczących tego tematu, a jej szczególną zaletą jest zwięzłość w połączeniu z bogactwem treści. Autor uwzględnił również najnowsze wyniki rewizjonistycznych badań, dlatego to jego niewielkie co do objętości dzieło można śmiało nazwać «kompendium wiedzy na temat holokaustu, którego nie było».
W obecnej chwili prace rewizjonistów są mało dostępne i prawie nieznane szerokim rzeszom, podczas gdy kłamstwo i demoralizacja są szerzone w sposób przymusowy, w wielu krajach baśnie na temat «eksterminacji Żydów» stają się przedmiotem obowiązkowym w szkołach i są wciskane w dziecięce głowy w najbardziej wrażliwym i bezkrytycznym wieku (równolegle z tzw. «wiedzą o życiu seksualnym», która ma ostatecznie zrobić z młodego pokolenia stado bezmyślnych zwierząt). Nie mniej jednak, ziarno zdrowego rozsądku w człowieku okazuje się nie tak łatwo zniszczalne. Oto dla przykładu cytat z «Gazety Wyborczej» za 28-XI-1997: «Premier Szwecji przedstawił wczoraj program edukacji o Holokauście, zbrodniach II wojny i rasizmie. Program obejmuje m. in. opublikowanie pracy historycznej dla wszystkich szwedzkich rodzin, przekazanie szkołom pakietu filmów, m. in. «Listę Schindlera» i zainstalowanie specjalnych stron w Internecie. Kampania jest odpowiedzią rządu na wyniki ankiet, z których wynikało, iż 34 proc. uczniów nie jest przekonanych, iż Holokaust miał rzeczywiście miejsce (…)» (pogrubienie nasze – T.B.).

Można mieć zatem nadzieję, że pomimo największych wysiłków sług ciemności, prawda o rzeczywistych autorach II wojny światowej i o tym diabelskim kłamstwie i obłudzie, którymi oni się posługują dla uzasadnienia i usprawiedliwienia swego panowania nad światem, w niedalekiej przyszłości wyjdzie na jaw. Wraz z mitem o «całopalnej ofierze» «wybranego ludu» zawali się również główna podstawa jego światowych rządów. O tę lepszą przyszłość musimy jednak walczyć. Historia nigdy nam nie przebaczy, jeśli my – Aryjczycy, chrześcijanie i wszyscy ludzie dobrej woli – w tym krytycznym dla naszych narodów momencie dziejów skapitulujemy przed potęgą zła i dobrowolnie oddamy się pod władzę sił ciemności. Zwyciężymy, bo Prawda jest po naszej stronie.

ZA WOLNOŚĆ I PRAWO, ZA SPRAWIEDLIWOŚĆ I POKÓJ!

I. Kłamstwo na temat «komór gazowych» i eksterminacji Żydów

A. Oskarżenie

W co wierzy ludzkość, poczynając od 1945 r.

W połowie XX wielu w środku Europy Niemcy w ciągu trzech lat (od jesieni 1941 r. do jesieni 1944 r.) w tajemnicy przed całym światem zabili od 5 do 6 mln. żydowskich mężczyzn, kobiet i dzieci. Podstawą takiego wyniszczenia całego narodu był diabelski, rzetelnie przemyślany przez narodowo-socjalistyczny (NS) rząd plan. Większość ofiar – zdaniem różnych historyków od 2 do 5 i więcej milionów (1) – została wyniszczona w sposób dotąd nieznany, a mianowicie w kamorach gazowych (KG) oraz w samochodach za pomocą gazów spalinowych. Masowe morderstwo dokonywało się w sześciu usytuowanych na terenie Polski obozach śmierci: w Oświęcimiu, Majdanku, Bełżcu, Sobiborze, Treblince i Chełmnie. W ostatnim z wymienionych obozów w charakterze narzędzia zabójstwa stosowano samochody gazowe, w pięciu innych – stacjonarne KG.

Oświęcim i Majdanek były obozami o podwójnym charakterze – pracy oraz zagłady. Zdolnych do pracy Żydów przeznaczano tutaj do pracy przymusowej, niezdolnych zaś natychmiast, bez rejestracji, kierowano do KG. Co się tyczy Treblinki, Sobiboru, Bełżca i Chełmna, były one czystymi fabrykami śmierci, gdzie, za wyjątkiem garstki Żydów obsługujących obóz, wszystkich niezwłocznie, nie rejestrując, niszczono za pomocą gazu. Trupy zabitych palono doszczętnie – jedne w krematoriach, inne na wolnym powietrzu.
Oprócz wskazanej liczby, Niemcy zniszczyli również w Rosji od 1 do 2 mln Żydów za pomocą samochodów gazowych oraz rozstrzelań (2). Mordów dokonywały tam specjalne oddziały, które składały się z samych morderców, tak zwane «Einsatzgruppen».
Należy jeszcze dodać pół miliona, jeśli nie więcej, Żydów, którzy zmarli w gettach i obozach pracy na skutek złego traktowania, chorób, niedożywienia. Chociaż są oni włączani do ogólnej liczby 6 mln., śmierć ich nie była skutkiem celowej polityki eksterminacji. Nie mogą oni być nazwani bezpośrednimi ofiarami «holokaustu», ale są do nich zaliczani dla ułatwienia sprawy.

Z moralnego punktu widzenia «holokaust» – jak przez pół wieku wbijają w ludzką świadomość środki masowego przekazu (ŚMP) całego świata – nie może być postawiony na jednym stopniu z żadną zbrodnią przeszłości. Niemcy rozpętali «holokaust» nie dlatego, że Żydzi stanowili dla nich jakiekolwiek realne bądź potencjalne niebezpieczeństwo, lecz tylko dlatego, iż byli Żydami. W ten sposób, z powodu czysto rasowej nienawiści, Niemcy, jak głosi oskarżenie, wyniszczyli cały naród. Z powodu nienawiści rasowej zabijali oni nie tylko zdrowych mężczyzn, lecz także starców, kobiety, dzieci, a nawet niemowlęta. Wszystko dlatego, że nazywali się Żydami.

Holokaust jako religia

Claud Lanzmann (Klod Lancman), reżyser 9 – godzinnego filmu «Shoah», w jednym z jego epizodów, gdzie «naoczni świadkowie» opisują proces eksterminacji w obozach zagłady, przytacza wypowiedź, która rzeczywiście nie wymaga komentarzy (3): «Jeśli Oświęcim nie jest po prostu koszmarem historii, jeśli on nie podpada pod określenie «banalnego zła», w takim wypadku rozsadza on same podstawy chrześcijaństwa. Chrystus – Syn Boży, który osiągnął kres ludzkich możliwości, kiedy poniósł straszliwe męki. (…) A jeśli Oświęcim jest prawdą, oznacza to, że istnieją ludzkie cierpienia w ogóle nieporównywalne z cierpieniami Chrystusa. (…) W takim wypadku Chrystus to kłamstwo, i nie od niego przyjdzie Zbawienie. …Albowiem Oświęcim jest czymś nie do porównania bardziej ekstremalnym, aniżeli «Apokalipsa», rodzi nieporównywalnie większe przerażenie niż to wszystko, co Jan opowiada w «Apokalipsie». Bo Apokalipsę da się opisać, a nawet bardzo przypomina ona hollywoodzkie show, spektakl, podczas gdy Oświęcim nie da się wyrazić ani przedstawić, a więc księga «Apokalipsy» – kłamstwo, a wraz z nią i «Ewangelia». Oświęcim jest obaleniem Chrystusa».
Tak, wyraźniej nie da się powiedzieć, że «holokaust» stał się na wieki religią dla wielu Żydów. W Boga wierzy chyba dwóch Żydów spośród trzech, w KG – 99,9%. I gdyby ta ponura religia ograniczała się jedynie do Żydów, byłoby to ich wyłącznie osobistą sprawą. Ale zupełnie fatalnie już od pewnego czasu trwają nieukrywane próby narzucenia jej nie-żydom.

«Jeśli Oświęcim to prawda, wtedy Zbawienie przychodzi nie od Chrystusa», tak uważa Lanzmann. W takim razie od kogo? Całkiem oczywiste: od Żydostwa, które stało się dzięki Oświęcimiu zbiorowym Mesjaszem! Przeciwnym biegunem do takiego mesjasza jawi się «NS reżim z jego fabrykami śmierci» – wcielenie absolutnego zła.

Do zakresu takiej religii, – pseudoreligii, – włączono wzrastające w liczbę zabytki «holokaustu». A wątpienie w «holokaust» zaczęto tymczasem w wielu państwach ścigać prawem, a nawet jakiekolwiek jego naukowe badanie. Dzisiaj na «wolnym Zachodzie» wolno bezkarnie wątpić w istnienie Boga, ale w KG – nie. W ten sposób zamknął się krąg.

Dlaczego prawie wszyscy wierzą w holokaust?

Niewątpliwie, w oficjalną wersję «holokaustu» wierzy absolutna większość przynajmniej mieszkańców Zachodu, i jest to w pełni usprawiedliwione. Po pierwsze, trudno sobie wyobrazić, żeby wszystkie ŚMP w ciągu półwieku rozpowszechniały historię, nieprawdziwą przynajmniej w ogólnych rysach. Że liczba ofiar KG może być zawyżona – w coś takiego jeszcze jest w stanie uwierzyć łatwowierny przeciętny obywatel, ale że cała historia z KG jest oszustwem, – taka myśl z samego początku przedstawia się jemu jako nie do przyjęcia. Nie wolno przy niej nawet na poważnie się zatrzymywać. W tym miejscu należy jeszcze powiedzieć o trzech momentach, które, jak wielu się wydaje, czynią oficjalną wersję «holokaustu» twierdzeniem nie do obalenia.

1. Masowe zniknięcie Żydów z wielu miejsc ich zwartego zamieszkania, które w czasie wojny znajdowały się pod kontrolą niemiecką: przede wszystkim z Polski, gdzie przed początkiem lat 30-ch, jak się przyznaje, mieszkało ponad 3 mln Żydów, teraz zaś, zgodnie z oficjalną statystyką – zaledwie parę dziesiątków tysięcy. Gdzie są teraz ci Żydzi, jeśli ich nie wymordowali? – tak stawia się pytanie.
Bliżej ku końcowi naszych dochodzeń zajmiemy się demograficznymi aspektami omawianej kwestii, a na razie ograniczymy się tylko do jednego kontrargumentu. Na ziemiach na wschód od Odry i Nysy pod koniec drugiej wojny światowej mieszkało około 16 mln. Niemców. Teraz pozostało ich tam od 1 do 2 mln. Czy to oznacza, że pozostali wschodni Niemcy zostali wymordowani? Nie, chociaż niemała ich liczba zginęła w procesie wysiedlenia. Większości udało się jednak przedostać się na Zachód i przeżyć. Odpowiednio do tego również i masowe zniknięcie Żydów z Polski nie stanowi dowodu na to, że zostali oni wyniszczeni. Przecież mogli oni się stąd także ewakuować, uciec. Czy coś takiego miało miejsce i w jakiej skali? Tym, jak już powiedziano, zajmiemy się później.

2. Rzekomo ma się niezliczoną liczbę świadków. Nie wtajemniczeni w to zagadnienie, wołają z przekonaniem: «Być może, poszczególni świadkowie rzeczywiście kłamią, albo przesadzają z okropnościami «holokaustu», ale żeby kłamali wszyscy? Nie do pomyślenia!» Argument zbudowany jest na czystym nieporozumieniu. Istnieje znacznie mniej świadków niszczenia Żydów w KG, – a w tym zawiera się istota kwestii «holokaustu»,– niż wielu sobie wyobraża. Kto zacznie czytać uznaną za wzorcową literaturę o «holokauście», ten wkrótce stwierdzi, że wszędzie w niej figuruje jedna i ta sama garstka świadków: Herrstein, Hoess, Broad, Vrba, Müller, Bendel, Feinsilber, Dragon, Nyiszli (Nisli) i jeszcze parę osób. I jeśli wziąć pod uwagę, że sądowego albo udokumentowanego dowodu mordowania w KG nie ma, – a my to wykażemy w jak najbardziej dokładny sposób, – wychodzi na to, że cała historia «holokaustu» opiera się na zeznaniach mniej niż dwu dziesiątków głównych świadków. Pozostali «niezliczeni świadkowie» nawet nie twierdzą że coś widzieli; oni słyszeli o KG od drugich i trzecich osób.

3. Zdjęcia i filmy. Pewnym jest tylko jedno, że istnieją oryginalne zdjęcia martwych i żywych szkieletów w niemieckich obozach koncentracyjnych (OK), zrobione po ich wyzwoleniu przez wojska sojuszników. Ale dowodem systematycznego mordowania Żydów one w żadnym wypadku nie są, ponieważ nawet oficjalny punkt widzenia historyków jest taki, że ci martwi i umierający byli ofiarami epidemii, które się szeroko rozprzestrzeniły w ostatnich miesiącach wojny, kiedy wszędzie zapanował chaos.

Ale tu pewnym jest jeszcze i coś innego, że mianowicie obok oryginalnych istnieją toporne, poprzez dziesiątki lat uporczywie rozpowszechniane podróbki (fotomontaże; obrazy, podawane za zdjęcia itp.). Wielka zasługa w ich ujawnieniu należy do Udo Walendiego (Walendy) (4). Wszelkie tego rodzaju podróbki nie mówią ani za, ani przeciwko «holokaustowi», ale one wzbudzają w nas nieufność. No, bo po co, pytamy, trzeba uciekać się do tak ordynarnego szachrajstwa, jeśli ma się tyle dowodów nie do obalenia na istnienie KG i eksterminację Żydów?

Argument: Ja sam to widziałem w kinie, w telewizji! – potrafi zrobić wrażenie chyba na całkiem już prostej, łatwowiernej duszy. Wszystkie filmy o niszczeniu Żydów – «Holokaust», «Szoah», «Lista Schindlera» – powstały wiele lat po ukończeniu wojny i dlatego, rzecz oczywista, nie posiadają żadnej siły dowodu. Wcale nie przez przypadek takie partactwo jak «Lista Schindlera» nakręcone zostało na czarno-białą taśmę. W ten sposób próbuje się wywołać u niewykształconego widza wrażenie, że niby to jest film dokumentalny.

Przypisy

1) «Specjalistka od holokaustu» Lucy Dawidowicz w swej, uznanej za wzorcową, książce «The war against the Jews» (Wojna przeciwko Żydom. 1987, s. 191) pisze, że było zabito 5,37 mln Żydów w 6 obozach. Inny, też dobrze znany «specjalista od holokaustu», Raul Hilberg w trzytomowym opusie «Eksterminacja europejskich Żydów» (1990, s. 946) obstaje przy liczbie 2,7 mln. zabitych w 6 obozach. Różnica, w ten sposób, równa się 2,67 mln! Oboje koryfeuszów, oczywiście, zachowują grobowe milczenie na temat źródeł swych obliczeń.
2) Same tylko operatywne grupy, według «Encyklopedii holokaustu» (wydawca Izrael Gutmann i in., Argon, 1993, s. 399), ku początkowi 1943 r. wymordowały nie mniej niż 1,25 mln Żydów.
3) «Les temps modernes», grudzień 1993, s. 132/133.
4) Udo Walendy, «Bilddokumente für die Geschichtsschreibung?», Verlag für Volkstum und Zeitgeschichtsforschung, Vlotho/Weser, 1973, jak również Walendy w książce Ernst Gauss, «Gründlagen zur Zeitgeschichte», Grabert, 1994.

[UWAGA: Rozdział II reprezentuje wyłącznie poglądy politycznie Jürgena Grafa, których nie należy utożsamiać z poglądami redakcji bloga Artykuły Aryjskie.]

II. Funkcja «holokaustu» w świecie po 1945 r.

Polityczne skutki «holokaustu» są olbrzymie. Rozpatrzmy najważniejsze z nich.

Utworzenie państwa Izrael i pozbawienie Palestyńczyków praw obywatelskich

Bez «holokaustu» świat nigdy by się nie zgodził na utworzenie państwa Izrael, ponieważ w owym czasie w świecie już na całą skalę szedł proces dekolonizacji. Anglicy podjęli decyzję nadania niepodległości Indiom; dziesiątki azjatyckich i afrykańskich obszarów dążyły do zrzucenia z siebie panowania białych. Na tle procesu wyzwolenia kolonii kolonialne przedsięwzięcie Żydów w Palestynie wyglądało par excellence jako anachronizm, pomimo tego iż błogosławiono go zarówno na Zachodzie, jak i w ZSRR. Ponadto, kolonizacji dokonywano z zastosowaniem okropnej przemocy; wiele arabskich wsi zostało zrównanych z ziemią. Większość Palestyńczyków została wypędzona z ich ojczyzny. W 1967 r. Izrael zagarnął dodatkowe arabskie obszary, których ludność od tamtej pory poddawana jest najróżniejszym represjom: deportacjom, aresztowaniom – 1992 r. 15 tys. Palestyńczyków siedziało za kratami z politycznych powodów (1)! – torturom; specjalne komendy morderców likwidują opozycjonistów, wysadzają w powietrze domy, urządzają ekspropriacje, stosują niezliczone wyrafinowane drobiazgowe zaczepki (2). I to wszystko na oczach «społeczności międzynarodowej», która choć nie wyraża akceptacji, ale toleruje. Ostatecznie przecież żydowski naród, który przeżył holokaust, potrzebuje ojczyzny, gdzie mógłby się uchronić przed ponownym ludobójstwem! A i cóż to jest cierpienie Palestyńczyków w porównaniu z cierpieniami, których doznali Żydzi za Hitlera!

Bez olbrzymiej pomocy z zewnątrz państwo Izrael jest niezdolne do istnienia. Główne źródła jego finansowania: oficjalna pomoc USA, poparcie międzynarodowego żydostwa oraz niemieckie «odszkodowania». Do 1992 r. RFN wypłaciła Izraelowi (jak również organizacjom żydowskim), zgodnie z oficjalną statystyką, 85,4 mld. niem. marek (3), liczba zaś rzeczywista jest jeszcze wyższa. Tu należy jeszcze policzyć bezpłatny niemiecki eksport do Izraela różnych towarów. Naum Goldmann, wieloletni prezes Światowego Kongresu Żydowskiego, w książce «Paradoks Żydowski» pisze (4): «Bez niemieckich kompensacji, które zostały wypłacone w ciągu pierwszych 10 lat po założeniu Izraela, państwo nie dałoby rady rozwinąć nawet połowy istniejącej obecnie infrastruktury: cały park kolejowy, wszystkie statki, wszystkie elektrownie, jak również większa część przemysłu – są niemieckiego pochodzenia”.

Immunitet Żydów

Przed 1945 r. krytykować Żydów było wolno, obecnie – nie. Każda, nawet najostrożniejsza krytyka żydostwa i syjonizmu – na przykład, za nieproporcjonalnie wielki wpływ na ŚMP albo za cyniczne zachowanie się Centralnej Rady Żydów w Niemczech – jest momentalnie neutralizowana za pomocą pałki Oświęcimia według następującego wzoru: kto krytykuje Żydów, ten jest antysemitą; Hitler też był antysemitą; jak wiemy, zabił on 6 mln. Żydów; więc każdy, kto krytykuje Żydów, dąży do nowego holokaustu. I jakkolwiek by prymitywną nie była podobna argumentacja, jest ona do dziś bardzo skuteczna.

Ogłoszenie poza prawem wszelkiego nacjonalizmu oprócz żydowskiego

Jeśli na początku pałka Oświęcimia uniesiona była ponad głowami Niemców, to obecnie wznosi się ona coraz częściej także nad innymi narodami Europy, i nie tylko Europy. Typowa argumentacja brzmi w sposób następujący:

– Kiedy Hitler mordował Żydów całymi milionami, świat spoglądał na to i nic nie robił. Zachód, Związek Radziecki, Międzynarodowy Czerwony Krzyż, Watykan – nikt z nich nie napiętnował hańbą ludobójstwa, nikt nie spróbował uratować Żydów, chociaż wszyscy wiedzieli, czym się zajmowali naziści. A więc, za holokaust ponosi odpowiedzialność cały świat.

– Ponieważ wtedy naród niemiecki przyjął bez oporu niszczenie Żydów, dzisiaj powinien on odkupić swą winę, i wszystkich, którzy chcieliby wyemigrować do Niemiec z innych regionów kuli ziemskiej, a w szczególny sposób Żydów, powinien przyjmować bez sprzeciwów i natychmiast zaopatrywać w zasiłek. A jeśli by odmówiono im emigracji, będzie to oznaczało, że w Niemczech znów «podnosi głowę» nazizm!

– Wszelki nacjonalizm, oprócz żydowskiego, jest skrajnie niebezpieczny, ponieważ łatwo prowadzi ku rasizmowi, a więc kryje w sobie niebezpieczeństwo nowego holokaustu. Nacjonalistą zaś jest każdy, kto nie przyjmuje masowego przesiedlenia muzułmanów oraz ludów kolorowych do Europy i Ameryki Północnej.

Otóż, «holokaust» prowadzi w praktyce ku temu iż białe, chrześcijańskie narody już nie mają żadnego prawa do zachowywania swojej tożsamości. Ich moralnym obowiązkiem jest  zmieszać się z innymi rasami i pozwolić bez sprzeciwu wyprzedzać się i odpychać.
Co? Pan się nie zgadza? Pan wyraża sprzeciw? Czy więc Pan czasem nie jest nazistą?

Przypisy

1) «Weltwoche», 22. Oktober 1992.
2) O izraelskich represjach przeciwko Arabom patrz Ludwig Watzal. «Frieden ohne Gerechtigkeit?». Bohlau Verlag 1994.
3) «Spiegel», Nr. 18/1992.
4) Nahum Goldmann, «Das judische Paradox», Europäische Verlagsanstalt, 1978, S. 171.

III. Rewizjoniści

Dziś każdy wie, że istnieją grupy ludzi, którzy radykalnie poddają w wątpliwość panujące wyobrażenie o losie Żydów w Trzeciej Rzeszy. Tych ludzi nazywa się «rewizjonistami» albo, dokładniej mówiąc, «rewizjonistami holokaustu». ŚMP nie szczędzą im najgorszych słów, nazywają «okłamywaczami Oświęcimia» i, nie zastanawiając się długo, umieszczają w jednym worku z «radykałami prawicowymi». Jeśli przeciętnego obywatela zapytać, co właściwie twierdzą rewizjoniści i na czym opierają się w swoich wywodach, on na to nie potrafi odpowiedzieć nic. I to jest całkiem nieuniknione, ponieważ znajdującym się pod ścisłą i totalną kontrolą środkom masowego przekazu zakazane jest mówić cokolwiek o argumentach rewizjonistów. Dlatego wielu ludzi pozostaje z całkiem wykrzywionym pojęciem, myśląc, że rewizjoniści po prostu negują cierpienia Żydów w czasie drugiej wojny światowej. W rzeczywistości zaś nikt nie kwestionuje tego, że znaczna ilość Żydów w czasie panowania NS została skierowana do OK, że wielu z nich zmarło tam z powodu epidemii i wycieńczenia. Nikt nie kwestionuje faktów rozstrzeliwania Żydów, przede wszystkim na Wschodnim Froncie.

Zwalczają rewizjoniści trzy następujące twierdzenia:
1. Że istniał plan fizycznej zagłady Żydów.
2. Że istniały «komory gazowe» oraz «obozy śmierci», urządzone dla likwidacji ludzi.
3. Że w strefie panowania Narodowego Socjalizmu było zabito od 5 do 6 mln. Żydów.

Niesłusznym jest również twierdzenie, że rewizjonizm jest «radykalnie prawicowym» ruchem, ponieważ on w ogóle nie jest żadną ideologią. On, jak powiedział prof. Robert Faurisson (Forison), jest metodą. Rewizjoniści sprawdzają na nowo oficjalne wersje «holokaustu» za pomocą tych samych środków, które uważane są za ogólnie uznane i przyjęte przy stosowaniu do innych okresów dziejów. Są wypadki, kiedy niektórzy rewizjoniści w swej orientacji politycznej kierują się bardziej w prawo, lecz jaki to ma stosunek do słuszności lub fałszywości ich naukowo uzasadnionych wyników? Jeśli nową planetę odkryje konserwatysta, liberał, socjalista albo komunista nie posiada to żadnego znaczenia dla samego odkrycia. Zresztą, i tu mają miejsce godne odnotowania fakty. Dla przykładu, jeden wybitny rewizonista przyszedł z lewa. Jest to Paul Rassinier (Pol Rassinje) – uczestnik francuskiego ruchu oporu, socjalista i dawny więzień obozów Buchenwald i Dora-Mittelbau (1).

Jeśli przyjrzeć się uważniej kampanii, którą klika ŚMP i politycy prowadzą przeciwko rewizjonistom, zaraz odkryje się przed nami cały szereg «rzeczy godnych uwagi». Przede wszystkim, literaturę rewizjonistyczną hurtem pozbawia się wszelkiej wiarygodności, ją bowiem «można upodobnić do tych wariackich oświadczeń, w których dotąd się twierdzi, że Ziemia jest ośrodkiem Wszechświata» (2). A dlatego, mówią, rewizjoniści cierpią na ciche pomieszanie zmysłów. Ale, w takim wypadku, dlaczego z nimi tak się obchodzą? Czyż ktoś ciągnie przed sądy ludzi, którzy kwestionują obracanie się Ziemi dookoła Słońca? W dziwny sposób ci «głupkowaci cudacy» okazują się być skrajnie niebezpiecznymi dla rządzącej kasty «zachodniej demokracji», ponieważ grożą wstrząsem samych jej fundamentów. Na przykład, Patrik Baners pisze z powodu skazania prezesa Narodowej Partii Niemiec, rewizjonisty Günthera Dekkerta (3): «Gdyby rozumienie przez Dekkerta holokaustu było słusznym, oznaczałoby to, iż Federalne Niemcy są zbudowane na kłamstwie. Każde przemówienie prezydenta, każda chwila milczenia, każda książka z historii okazałyby się kłamstwem. Negując eksterminację Żydów, kwestionuje on prawo Republiki Federalnej do istnienia».

Ale czyż to jest możliwe, żeby garstka obłąkanych mogła zagrażać podstawom «Republiki Federalnej»? Nie, panowie dziennikarze, w waszej argumentacji coś jest podejrzane. Albo rewizjoniści są «głupkami» – wtedy nie są oni niebezpieczni, a wy lepiej oszczędzajcie farbę drukarską i nie szczujcie ich, albo oni rzeczywiście są niebezpieczni dla panującego na Zachodzie ustroju i wtedy już nie są to żadni «głupcy»! Wybierzcie jedną z tych dwu możliwości, ponieważ razem są one nie do pogodzenia.

Sprawa przedstawia się bardzo dziwnie z tego powodu, że «negujący» (dokładniej mówiąc, «obalający») «holokaust» są ścigani przez sądy w wielu krajach (4). Za podstawę do tak bezczelnego wtrącania się wymiaru sprawiedliwości do strefy wolnych badań posłużyło uchwalone w 1990 r. we Francji tak zwane «Loi Gayssot» (Prawo Gajso) (5). W RFN rewizjonistów ciągnie się przed sąd zgodnie z art. 130 Kodeksu karnego (rozpalanie nieprzyjaźni międzynarodowej), art. 131 (rozpalanie nienawiści rasowej) i art. 189 (znieważenie pamięci zmarłych). Do połowy 1996 r. planuje się wszcząć przeciwko rewizjonistom kilkaset procesów sądowych. W Austrii swego rodzaju «młotem na czarownice» dla stłumienia wolnych badań «holokaustu» jest przyjęte w r. 1992 tak zwane «prawo», zakazujące wznowienia NS działalności.

Wszystkie te prawa są sprzeczne z zagwarantowanym przez konstytucję prawem do wolnego wypowiadania swego zdania. Bezprawną jest również praktyka sądowa, zbudowana na tych prawach, która pozbawia podsądnych wszelkiej możliwości dowodzenia swych racji, albowiem wnioski ekspertów o technicznej niemożliwości rzekomych masowych mordów są blokowane poprzez powoływanie się na «oczywistość» holokaustu.

Przesadą jest w ogóle same zdanie, zgodnie z którym prawnicy niby to mają prawo do rozstrzygania wątpliwych kwestii z dziedziny historii. Posłużmy się jednym przykładem. Naukowiec z Monachium Herbert Illig w książce zatytułowanej «Czy Karol Wielki żył kiedykolwiek?» (6) neguje istnienie Karola Wielkiego, a cały okres czasu między 614 a 911 rokiem ogłasza legendarnym. Te wszystkie 297 lat wraz z działającymi wtedy postaciami historycznymi miały zostać, według Illiga, zmyślone w celach politycznych. Dowodząc tego, odwołuje się on do braku zabytków architektury z tych tak zwanych «ciemnych wieków» i td. Nie wchodząc głębiej w treść książki, można powiedzieć, że jeśli wszystko co w niej zostało powiedziane nie jest niczego warte, wtedy nie należy zwracać na nią uwagi; jeśli zaś kiedyś nagle się okaże, iż autor miał rację, wtedy nic nie pozostaje jak ogłosić go geniuszem. Ale tu jest jeszcze trzecia możliwość, mianowicie że Karol Wielki jednak żył, ale wielu z przypisywanych mu wyczynów wcale nie dokonał. W takim wypadku książka Illiga może owocnie wpłynąć na historiografię, wskazując jej jak ważną jest rzeczą nie ufać źródłom, lecz sprawdzać je na nowo.

Ale jakkolwiek by przedstawiała się sprawa z książką Illiga, jedno jest oczywiste: nie będzie on musiał rozmawiać na jej temat z prokuratorem. Nikomu nie przyjdzie do głowy wsadzać go za kraty za to, że neguje on «zagładę narodu»: bo właśnie to on czyni, zaprzeczając istnieniu Karola Wielkiego, któremu przypisuje się masową zagładę pogan-Sasów.
Krótko mówiąc, Karola Wielkiego wolno jest badać bezkarnie, natomiast los Żydów w Trzeciej Rzeszy – nie. Każdy myślący człowiek w tym miejscu powie sam sobie: prawda, którą trzeba bronić za pomocą kodeksu karnego, przy sprawdzeniu najprawdopodobniej okaże się kłamstwem.

Przypisy

1) O Paulu Rassinierze mowa u nas będzie nieco dalej.
2) Taka jest argumentacja antyrewizjonistyczna, z którą można się zapoznać w Zürichskiej «Weltwoche» (9., 16., 23. XII. 1993).
3) FAZ, 15. August 1994.
4) Po Francji, RFN i Austrii to prawo «dla kosza na śmieci» przyjęły Belgia, Hiszpania i Szwajcaria; ale w trzech ostatnich krajach nie było ono jeszcze zastosowane w praktyce.
5) Co do «Loi Gayssot» patrz Eric Delcroix, «La police de la pensée contre le révisionnisme». R.H.R., Colombes Cedex/F., 1994.
6) Herbert Illig, «Hat Karl der Große je gelebt?», Mantis Verlag, Grafeling, 1995.

Opublikowano Rewizjonizm Holocaustu | Otagowano , , , , , , , | 2 Komentarze